W dzisiejszych czasach pop-kultury niemalże dziesięcioletnia przerwa między kolejnymi albumami jest zjawiskiem niecodziennym. Po światowym sukcesie ery „L.A.M.B.” (2005) i mniej spektakularnym przyjęciu albumu „The Sweet Escape” (2006), Gwen Stefani postanowiła ochłonąć skupiając się na mniej muzycznym aspekcie swojego życia. W telegraficznym skrócie należy wspomnieć, że w drodze do tegorocznego wydawnictwa Stefani wypuściła album z zespołem No Doubt („Push and Shove” delikatnie mówiąc okazało się komercyjnym niewypałem), a następnie podjęła pierwsze próby powrotu do solowej kariery wydając „Baby Don’t Lie” i „Spark The Fire”. Single spotkały się jednak z niewielkim entuzjazmem zarówno ze strony krytyków, jak i fanów, a sama Gwen postanowiła poszukać innego brzmienia na swój kolejny krążek.


This is What The Truth Feels Like” to muzyczna opowieść wydarzeń z ostatnich miesięcy życia Gwen. Nie ma tu miejsca na gotowe produkty wypieczone przez najbardziej pożądanych producentów i tekściarzy – tym razem wokalistka No Doubt postawiła na twórczy proces autorski. Z jakim rezultatem?

Album rozpoczyna się od elektro-popowego „Misery”, które chociaż nie razi wybitną oryginalnością, to jest przyjemnym openerem z łatwością wpadającym w ucho. Na pochwałę zasługuje też singlowe „Make Me Like You” rodem wyjęte z dyskografii The Cardigans (Lovefool, anyone?). Hit-alertowa lampka każdemu fanowi muzyki popularnej powinna zamigotać przy „Where Would I Be?” i „Send Me a Picture”. Świetne muzyczne kompozycje przystemplowane charakterystycznym brzmieniem Stefani mogą porządnie namieszać na wielu listach przebojów. Uwodzicielskie „Send Me a Picture” wyprodukowane przez popowego mistrza G. Kurstina to pewniak niejednej imprezy, a „Where Would I Be?” brzmi jak prawdziwy radiowy hit, którego Stefani w tym momencie desperacko potrzebuje.

Pozytywnie zaskakują również trzy najbardziej personalne piosenki na tej płycie: „Used to Love You”, „Truth” i „Rare”. Każda z nich jest dobrze skrojonym, standardowym popowym produktem, okraszonym przejmującym wokalem Gwen. To właśnie prawdziwość jest największym atutem wspomnianych kawałków – rozprawiając się z poprzednim związkiem („Used to Love You”) Stefani opisuje swoje nowe emocjonalne zaangażowanie („Do you really think you wanna make some new memories with me?”). Mam wrażenie, że te proste melodie dzięki osobistemu przekazowi (jaki niewątpliwie niosą) są właśnie prawdziwym sercem tej płyty. Innej równie personalnej kompozycji („Me Without You”) tej magii nieco brakuje. Najbardziej eksperymentalnymi – i przypominającymi Stefani sprzed dziesięciu lat – kawałkami są niewątpliwie „Naughty”, „Red Flag” i „Asking 4 It”. O ile te dwa pierwsze zapewne zostaną wiecznymi album-trackami przeznaczonymi dla fanów nieco „egzotycznej” Gwen, o tyle „Asking 4 It” nagrany z Fetty Wap (jedyny duet na płycie!) może okazać się czarnym koniem „This is What The Truth Feels Like”. Mocny beat r&b i popularny ostatnio w Stanach artysta na featuringu wywoła pewnie niemałe zainteresowanie.

Trzeci album Gwen Stefani należy niewątpliwie zaliczyć do albumów udanych. Największym atutem płyty jest muzyczna dojrzałość wokalistki i prawdziwość materiału, który przejawia się zarówno w tekstach („Rare”, „Truth”), jak i w przypominających Stefani z 2006 roku melodiach („Red Flag”, „Naughty”). Mimo, że „This is What The Truth Feels Like” to krok w dobrym muzycznie kierunku, płycie brakuje nieco momentów zapierających dech w piersiach. Gwen dała nam bowiem mocny i solidny materiał, ale odnoszę wrażenie, że to dopiero fundament do czegoś znacznie lepszego. Możemy sobie jedynie życzyć, żeby na jego podstawach zostało zbudowane coś szybciej niż w 2025 roku.

6.8/10.0

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here