Pierwszy wspólny album Beyoncé i Jay Z jest tym na co świat muzyki czekał już od dawna. „Everything Is Love” to spójna opowieść o zbudowanym przez tych dwoje artystów imperium, sławie, pieniądzach, rodzinie, przebaczeniu, a przede wszystkim o miłości.


W kwietniu 2016 roku Beyoncé wydała niezaprzeczalnie jeden z najlepszych albumów ostatnich lat – „Lemonade”, w którym nie bała się oskarżyć swojego męża o zdradę i tym samym potwierdzić krążące w tamtym czasie plotki o kryzysie w ich małżeństwie. Na odpowiedź ze strony Jay Z nie trzeba było długo czekać. W wydanym rok później „4:44” raper publicznie przyznaje się do niewierności oraz prosi o wybaczenie zarówno Beyoncé, jak i miliony obserwujących ich osób. Można spokojnie powiedzieć, że „Everything Is Love” to ostatnia z trzech części historii o losach tego znanego duetu, frazesowe „i żyli długo i szczęśliwie” zamknięte w 9 utworach. Na albumie nie brakuje prania rodzinnych brudów i odkrywania kolejnych kart z prywatnego życia, do którego przyzwyczaiły nas już poprzednie wydawnictwa tych megagwiazd.

Album otwiera nastrojowe i przyjemne dla ucha „Summer”, które w zmysłowy sposób wprowadza słuchacza do świata miłości państwa Carter. W piosence da się wyczuć delikatne podobieństwo do „Rocket” pochodzącego z piątego solowego albumu Beyoncé. „Summer” szybko jednak ginie kosztem następującej po nim perełce jaką jest „Apeshit”. Kawałek stworzony z pomocą Quavo i Offset z trio Migos jest prawdziwym czarnym koniem tego albumu. Nic więc dziwnego, że został on wybrany na pierwszy (i póki co jedyny) singiel promujący „Everything Is Love”. Jednymi z najmocniejszych fragmentów „Apeshit” są partie rapowane przez Beyoncé, które swoim poziomem nie odbiegają od tego co dostajemy od topowych przedstawicieli tego gatunku.

Ciekawą aranżację i efektowne użycie instrumentów dętych Hova i Bey serwują w utworze „Boss”. Carterowie nie wahają się również eksperymentować z trendami panującymi teraz na scenie hip hopu i trapu, co da się wyczuć najmocniej w nagranym z udziałem Pharrella Williamsa „Nice”. Kolejno otrzymujemy kartkę z pamiętnika jaką jest „713” opisujące pierwsze spotkanie Beyoncé i Jay Z, dodatkowo urozmaicone świetnym użyciem sampli z wydanego w 1999 roku „Still D.R.E.”. Co ciekawe, fragment z hitu Dr. Dre użyty w „713” napisał jeszcze w latach 90 właśnie sam Jay Z. Nie jest to zresztą jedyny „pożyczony” element na płycie tej dwójki. Do innego klasyka hip hopu Beyoncé sięga również w najbardziej popowej propozycji – „Heard About Us”. Tym razem jest to Notorious B.I.G. i jego słynne „And if you don’t know, now you know, ni**a”. „Everything Is Love” już w pierwszych utworach ustawia sobie poprzeczkę dość wysoko. Niestety pozycje takie jak „Black Effect” czy „Friends” wypadają zdecydowanie słabiej na tle pozostałych kompozycji. Album kończy piosenka „Lovehappy”, która co prawda nie jest w żaden sposób prekursorska, jednak stanowi idealnie podsumowanie i zgrabne spięcie całej historii Carterów.

Pomimo, iż para podpisała się pod albumem jako „The Carters” nie da się uniknąć wrażenia, że na pierwszym miejscu jest tutaj postawiona Beyoncé. Momentami wydaje się jakby „Everything Is Love” było zbiorem utworów wokalistki, na których Jay Z występuje jedynie w roli gościa. Pomimo kilku słabszych momentów pierwszy wspólny album państwa Carter układa się w nienaganną, dopiętą na ostatni guzik całość. Każda nuta i każde słowo jest tu dokładnie przemyślane i wyważone, zaś całość układa się w jedną, szczerą historię.

8.0/10

 

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here