Stara Taylor to już ponoć przeszłość. Odważna deklaracja zawarta w lead-singlu ‚Look What You Made Me Do’ zaostrzyła apetyt większości fanów gwiazdy na jej szósty studyjny krążek. Okazuje się jednak, że na ‚Reputation’ gdzieniegdzie wciąż tli się ogień przeszłości, a kolejny rozdział w karierze 27-letniej piosenkarki to nic innego, jak płynne przejęcie korony z miejsca, w którym została pozostawiona po erze ‚1989’. Umarła królowa, niech żyje królowa.


Transformacja Taylor Swift w jedną z większych gwiazd współczesnego rynku popowego rozpoczęła się wraz z wydanym w 2012 roku albumem ‚Red’. To właśnie wtedy 27-letnia dziś wokalistka z niemałą pomocą Maxa Martina i Shellbacka zdecydowała się wyciągnąć rękę po rynek stricte popowy, rozszerzając tym samym swoje wpływy poza lokalne granice amerykańskich miłośników country. Punktem przełomowym przeobrażenia wokalistki była rozpoczęta trzy lata temu era ‚1989’ w trakcie, której Taylor za sprawą gigantycznych hitów ‚Shake it Off’ i ‚Blank Space’ tylko ugruntowała swoją silną pozycję na popowej ziemi. Kampania promocyjna szóstego w dorobku artystki albumu objęła dość niecodzienny kierunek: Swift zdecydowała się odciąć od prasy bulwarowej ograniczając swoją medialną aktywność do minimum, zaś wydany-właśnie album markowany jest wiele mówiącym hasłem ‚nie będzie dalszych wyjaśnień, będzie tylko reputacja’. Zabieg niemalże doskonały, jak powszechnie wiadomo nic nie podgrzewa bowiem atmosfery tak jak umiejętne stopniowanie pewnej tajemniczości owianej licznymi niedopowiedzeniami.

Taylor w pewnych miejscach swojego nowego albumu zdaje się być odważniejsza niż kiedykolwiek. Już z pierwszym dźwiękiem otwierającego wydawnictwo ‚…Ready for It?’ rozpoczyna się pewna gra, w której kluczową rolę odgrywać będą spojrzenia w ciemniejszą i głębszą sferę popu. Niech Was jednak nie zwiodą pozory: wszakże na ‚Reputation’ w dalszym ciągu dość mocno odczuwalna jest obecność starej, dobrej Taylor, która i tym razem do jednego gara z muzyką wrzuca kilka kilogramów porządnej dramy z udziałem swoich kolejnych byłych wybranków oraz wrogów publicznych.

taylor-swift-1-4

Wyprodukowane przez Jacka Antonoffa ‚Look What You Made Me Do’ to jedna z najdoskonalszych tegorocznych propozycji w świecie popu. Kompozycja wśród odbiorców wywołuje skrajnie różne emocje – od zachwytu aż do nieokiełznanego hejtu, niezależnie od tego zasługuje jednak na kilka słów zachwytu z uwagi na wyróżniającą się i odświeżającą strukturę melodyczną, jaką zaproponowano w utworze. ‚Look’ mimowolnie wpada w ucho, zaskakuje z każdym kolejnym uderzeniem refrenu, a wymawiany przez wokalistkę tekst o śmierci starej Taylor z pewnością powalczy o miano jednego z najbardziej charakterystycznych momentów w popie z 2017 roku.

Sporo melodii i tekstów zaserwowanych na ‚Reputation’ niewątpliwie należy do tych najodważniejszych w dotychczasowym dorobku Taylor Swift. Kompozycje na szóstym studyjnym krążku gwiazdy momentami ukazują wręcz jej bardziej bezlitosne i agresywne odbicie pozostające w znacznym kontraście do starannie kształtowanego wizerunku potulnej dziewczyny z sąsiedztwa. W zadziornym ‚Don’t Blame Me’ wokalistka rozprawia o intensywnej relacji zaprawiającej o miłosne uzależnienie prowadząc słuchacza do eksplozywnego refrenu (‚Don’t blame me, your love made me crazy / If it doesn’t, you ain’t doin’ it right / Lord, save me, my drug is my baby / I’ll be usin’ for the rest of my life’), podczas gdy w uzależniającym ‚I Did Something Bad’ bezpardonowo spowiada się ze swoich mniejszych i większych grzeszków. To właśnie te produkcje Maxa Martina i Shellbacka zasługują na ‚Reputation’ na największą uwagę: każda z nich z niezwykłą łatwością wkrada się do podświadomości, bądź co bądź prezentuje również pewien progres w artystycznym dorobku Swift, która zgrabnie – i małymi kroczkami – wychodzi poza swoją kształtowaną latami sferę komfortu.

taylor3

Do brylantów nowego albumu 27-letniej piosenkarki należy dodać zabarwiane gatunkiem EDM ‚Dancing With Our Hands Tied’ oraz chwytliwe ‚Getaway Car’. W pewien sposób bawi za to urocze i lekkie ‚This Is Why We Can’t Have Nice Things’, które po premierze albumu zostało odczytane przez zachodnią prasę jako ostateczny diss piosenkarki na Kimye (‚It was so nice being friends again / There I was, giving you a second chance / But then you stabbed in the back while shaking my hand’).  Podobnie jednak jak w przypadku ‚End Game’ nagranego z brytyjskim wokalistą Edem Sheeranem i raperem Future nie sposób nie odnieść wrażenia, że twórcom utworu pozostało spore niewykorzystane pole do melodycznych manewrów i produkcyjnej zabawy. Połączenie Taylor z Panami w teorii brzmi zachęcająco, w praktyce odczuwa się to, że finalnie na ‚End Game’ zabrakło większego pomysłu (co zaskakujące, to właśnie fragmenty przydzielone wokalistce podnoszą dość średni poziom utworu).

taylor

Równolegle na szóstym studyjnym albumie Swift można również odnaleźć klimat dobrze znany z poprzedniego wydawnictwa 27-letniej gwiazdy: otwierające ‚Reputation’ ‚…Ready’ po odjęciu kilku muzycznych sterydów z łatwością wpasowałoby się w tracklistę ‚1989’, podobnie jak rozczarowujące ‚Gorgeous’ będące średnio-udaną kalką ‚Blank Space’. O porównanie do ‚You Are In Love’ prosi się nieco monotonne, lecz w pewnym stopniu urokliwe ‚Call It What You Want’, które w najlepszym wypadku mogłoby się sprawdzić w charakterze tzw. utworu bonusowego. Również wypadającemu odrobinę blado w porównaniu z resztą utworów ‚King of My Heart’ wcale nie tak bardzo daleko do uprzednich dokonań gwiazdy. To, co z pewnością stawia wspomniane kompozycje na niższym poziomie niż poprzednicy to ich warstwa liryczna. Taylor, która w środowisku uchodzi za jedną z lepszych tekściarek, tym razem nie wspięła się na wyżyny swoich możliwości. Części tekstów na ‚Reputation’ brakuje bowiem zaskakującej błyskotliwości i zabawnych słownych kombinacji, które z łatwością wpisałyby się w pop-kulturę równie sprawnie, co chociażby fragmenty przywołanego ‚Blank Space’.

‚Reputation’ choć w dużym stopniu zadowala to pozostawia uczucie pewnego niedosytu. Okazuje się bowiem, iż wbrew wstępnym deklaracjom stara Taylor nie do końca została muzycznie pogrzebana, a w trakcie blisko 60-ciu minut jej obecność na tym krążku jest dość mocno odczuwalna. Niemniej jednak ścieżkę, którą amerykańska wokalistka wybrała na swoim szóstym albumie należy uznać za kierunek rozsądny oraz stanowiący płynne przejście do kolejnego etapu muzycznego w karierze 27-latki. Taylor w części utworów eksperymentuje z ciemniejszą stroną współczesnego popu, w innych z kolei sięga po sprawdzone triki. Całość – pomimo kilku gorszych momentów – nadal trzyma przyzwoity poziom wyznaczając wokalistce kierunek, w którym jej muzyka powinna w przyszłości ewoluować. Więcej krwi, mniej spoglądania w przeszłość.

7.0/10

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here