Premiera nowego wydawnictwa Taylor Swift to jak Boże Narodzenie dla wszystkich fanów muzyki popularnej. I nie ma w tym stwierdzeniu przesady. Bez względu na to, czy kocha się tę artystkę, czy wręcz przeciwnie, obok jej premierowego materiału ciężko przejść obojętnie. 23 sierpnia 2019 roku na rynku ukazał się siódmy krążek wokalistki zatytułowany „Lover”. Jak można się było spodziewać, pobił wszelkie rekordy sprzedaży, docierając do pierwszego miejsca w wielu krajach na całym świecie. Czy jego zawartość jest równie imponująca, co liczba sprzedanych kopii?

W przypadku Taylor, zawsze niezwykle istotny był utwór otwierający cały album. To właśnie on sugerował, czego możemy spodziewać się po kolejnym wydawnictwie piosenkarki – zarówno pod względem lirycznym, jak i ogólnego jego brzmienia. Nie inaczej jest w przypadku „Lover”. Siódmy krążek Taylor rozpoczyna się kawałkiem „I Forgot That You Existed”. Wybór ten nie jest również dziełem przypadku. Gwiazda śpiewa w piosence, z pozoru lekkiej i cukierkowej: „Got out some popcorn as soon as my rep started going down, down, down”, co jest oczywistym nawiązaniem do ery „reputation”. Dalej możemy usłyszeć m.in. wers „It isn’t hate, it’s just indifference”, stanowiący, przynajmniej w moim odczuciu, clou całej płyty. Artystka nie chce się już mścić, a wszelkie złe doświadczenia zostawiła za sobą.

Nie oznacza to jednak, że na „Lover” nie znajdziemy nic, co skieruje nasze myśli w stronę „reputation” czy jego poprzedników. W 2017 roku gwiazda śpiewała, że dawna Taylor nie może podejść do telefonu, ponieważ umarła. Zdaje się, że przy okazji pracy nad nową płytą zmartwychwstała i postanowiła umieścić na niej wszystko to, co najlepsze z jej poprzedniego wcielenia/poprzednich wcieleń. Wsłuchując się bowiem w melodię niektórych premierowych utworów, można odnieść wrażenie, że gdzieś się już je słyszało. Takie odczucie miałem na przykład po pierwszym przesłuchaniu świetnego „Cruel Summer” czy „Miss Americana & The Heartbreak Prince”. Pierwszy z nich brzmi jak połączenie „So It Goes” i „Gateway Car”, natomiast drugi przywodzi na myśl „Out Of The Woods” z albumu „1989” zmiksowane ze wspomnianym „So It Goes”. Również „The Archer” oraz „Lover” stylistycznie nawiązują do takich płyt jak „Speak Now” czy „Red”.

Jeszcze przed wydaniem „Lover”, w jednym z wywiadów Taylor zdradziła, że będzie to płyta zawierająca zarówno piosenki do zabawy, jak i takie, przy których można się wzruszyć. Do tej pierwszej grupy zdecydowanie należą dwa pochodzące z krążka single, czyli „ME!” oraz „You Need To Calm Down”. Oba są niezwykle hitowe i wpadające w ucho, aczkolwiek mam wrażenie, że nie oddały w pełni zawartości „Lover”. W roli kolejnych singli, widziałbym osobiście „The Man” oraz „Paper Rings”, czyli bardzo pozytywnie nastrajające kawałki, obok których nie da się przejść obojętnie. Energia, jaka z nich bije wręcz uzależnia. Świetnie wypada również zawadiackie „I Think He Knows”, gdzie artystka bawi się swoim głosem, na przemian wyśpiewując i mówiąc kolejne wersy.

Jeśli chodzi o ballady, to zdecydowanie wyróżniają się tytułowe „Lover” oraz fenomenalne „Daylight”. Tradycją stało się, że Taylor umieszcza na końcu standardowych edycji swoich krążków spokojne piosenki, mające na celu wyciszyć słuchacza po dawce emocji, jaką otrzymał w postaci poprzednich numerów. Tak jest i tym razem. Zaryzykowałbym stwierdzeniem, że „Daylight” to najlepszy „wyciskacz łez” w dorobku artystki od czasów „All Too Well”. Wsłuchując się w każde kolejne słowo, można odnieść wrażenie, jakby zabierała nas ona w podróż wgłąb swojej duszy, odsłaniając emocje i opowiadając o  swoich doświadczeniach, niekoniecznie zawsze dobrych.

Bardzo ciekawymi utworami, tym razem z gatunku „mid-tempo”, są „Death By Thousand Cuts”, „False God” oraz „It’s Nice To Have A Friend”, charakteryzujące się bardzo unikatowymi i zwracającymi uwagę instrumentalami. W dwóch pierwszych kawałkach możemy usłyszeć chociażby instrumenty dęte, które dotychczas nie gościły dość często na płytach gwiazdy, a szkoda („Shake It Off” says Hi!”)! Zdecydowanie, takich kompozycji w swoim repertuarze Taylor jeszcze nie miała i nie obraziłbym się, gdyby to właśnie one narzuciły kierunek prac w studiu nagraniowym dotyczących brzmienia kolejnego albumu.

Za co jeszcze należy pochwalić Taylor Swift? Za teksty piosenek, oczywiście! Jak powszechnie wiadomo, gwiazda jest jedną z najlepszych tekściarek w świecie muzyki pop, jednak nigdy nie wyrażała swoich poglądów tak głośno i wyraźnie, jak na „Lover”. „The Man” to prawdziwy feministyczny hymn, traktujący o nierównym traktowaniu kobiet na polu zawodowym, a urzekające „Soon You’ll Get Better” to list kochającej córki do zmagającej się z chorobą matki. Nie zabrakło też wątków politycznych. Szczególnie są one słyszalne w piosenkach „You Need To Calm Down”, której tekst zwraca uwagę na brak tolerancji na świecie, nawet w tak, wydawać by się mogło, otwartym kraju jak USA oraz w „Miss Americana & The Heartbreak Prince”. Ci, którzy do znudzenia zarzucali wokalistce, że jedyne, co potrafi, to śpiewać piosenki o swoich byłych partnerach, mają sporo do nadrobienia.

Nie sposób również nie docenić również pracy, jaką wykonał niezastąpiony Jack Antonoff.  Gdy tylko ogłoszono go jako jednego z producentów płyty, fani podskoczyli z radości. Muzyk wspólnie z Taylor napisał osiem, a wyprodukował aż jedenaście piosenek na jej najnowszy album. Nie znajdziemy tu zatem zbędnych udziwnień, czy też eksperymentów, a po prostu zestaw kawałków, które odsłaniają to, co najlepsze w tym duecie.

Kiedy nasz redakcyjny kolega Michał recenzował w 2017 roku album „reputation”, jednym z jego głównych zarzutów było to, iż wokalistka za wszelką cenę próbowała udowodnić, że odcina się od swojej przeszłości, co summa summarum okazało się jednak nieprawdziwe, bo szósty krążek Amerykanki, choć nieco bardziej eksperymentalny, wciąż zawierał sporo elementów charakterystycznych dla „dawnej Taylor”. Tym razem, gwiazda nie popełniła tego samego błędu i nie zapowiadała, że „Lover” będzie czymś zupełnie innym, zgoła odmiennym od swoich poprzedników. Wręcz przeciwnie, używając wielu symboli (np. wąż przemieniający sie w motyla), sygnalizowała, że wraz z podpisaniem nowego kontraktu, postanowiła powrócić do korzeni i elektroniczne bity zamienić z powrotem na gitarę i łagodne, popowe brzmienie.

Podsumowując, warto zadać pytanie, czy „Lover” jest płytą przełomową dla rynku muzycznego, jak na przykład „1989”. Twierdzę, że nie. Niemniej jednak, w moim odczuciu, jest to płyta przełomowa dla twórczości Taylor Swift – niezwykle spójna, dojrzała i ukazująca jej najbardziej naturalne oblicze. Amerykańska gwiazda jest obecnie w szczęśliwym punkcie swojego życia, co po prostu słychać. Wydaje mi się, że zbliżająca się do trzydziestki artystka zrozumiała, iż nie potrzebuje już toczyć z nikim mniejszych bądź większych wojenek, a po prostu kochać i być kochaną. O tym jest właśnie „Lover”. Wszyscy bądźmy jak Taylor!

9/10

 

NOWY ALBUM TAYLOR SWIFT. POSŁUCHAJ CAŁEJ PŁYTY „LOVER” [STREAMING-PARTY]

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here