W 2020 roku tylko Lana Del Rey miała wydać album ze swoją poezją. Niespodziewanie wydała go też Taylor Swift. Bo jak inaczej nazwać krążek „folklore”, pełen poruszających i emocjonalnych tekstów, jak nie właśnie poezją śpiewaną?

Gdy w sierpniu 2019 roku pisałem recenzję albumu „Lover”, bardzo wierzyłem w to, że Taylor Swift zaprezentuje na jego następcy coś, czego jeszcze nie było, a piosenki takie jak „It’s Nice To Have a Friend” czy „False God” są tego zapowiedzą. Wszak na krążkach „reputation” czy właśnie „Lover” bez problemu można było wskazać kawałki, które brzmiały jak odrzuty z sesji nagraniowych do „1989”. Doczekałem się tego szybciej, niż myślałem, bo po niespełna roku. Ba! Otrzymałem znacznie więcej, aniżeli oczekiwałem – prawdopodobnie najlepszy album w karierze piosenkarki.

„folklore” to płyta doskonała – pełna pięknych, przeszywających wręcz dźwięków, doskonałych tekstów, dzięki którym wokalistka, niczym malarz na płótnie, stworzyła historie, które każdy z nas może interpretować po swojemu. W przeciwieństwie do poprzednich longplayów, Taylor tym razem nie pisała tylko o sobie. Jak sama przyznała, tworzyła w głowie historie, próbowała się wczuć w dane sytuacje i opowiedzieć je, używając swojego wokalu. Udało jej się to. „folklore” jest płytą magiczną od pierwszej do ostatniej sekundy. Płytą, która pachnie niczym letni deszcz. Z jednej strony wywołuje smutek, a z drugiej wewnętrzny spokój.

Topowi artyści mają w swoich dyskografiach takie krążki, które można nazywać kamieniami milowymi w ich twórczości. Madonna ma swoje „Like a Prayer” i „Ray of Light”, natomiast w przypadku Taylor Swift było to najpierw „1989”, a teraz przyszedł czas na „folklore”. Podczas pracy w studiu nagraniowym, gwiazdę wspierali między innymi Aaron Dessner z grupy The National oraz doskonale znany fanom Jack Antonoff, który traktowany jest przez nich jako gwarancja dobrych kompozycji w repertuarze idolki. Utwory takie jak „cardigan”, „my tears ricochet” czy „exhile” z gościnnym udziałem Bon Ivera to, moim zdaniem, majstersztyki w swojej dziedzinie. Jednym z najjaśniejszych punktów „folklore” jest też „seven” – utwór traktujący o przemocy wobec dzieci. Wokalistce udało się uchwycić subtelność i naiwność, które są tak bardzo charakterystyczne dla osób w takim młodym wieku.

Wydając „folklore”, Taylor udowodniła, że nie tworzy muzyki po to, by podbić listy przebojów. To już ten moment, kiedy wydaje kolejne płyty z miłości do śpiewania i komponowania, a nie zdobywania kolejnych trofeów, choć za swoje najnowsze wydawnictwo powinna zdobyć ich całą masę. W końcu w dokumencie „Miss Americana” sama przyznała, że wokalistka po trzydziestce staje się nieatrakcyjna w oczach szefów stacji radiowych i wytwórni muzycznych. To pierwszy krążek, jaki Taylor wydała w wieku trzydziestu lat. Jeśli tak ma wyglądać kolejna dekada w jej twórczości, aż strach pomyśleć, co będzie dalej. Brawo!

10/10

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here