W jednym ze swoich wywiadów 40-letni John Mayer, weteran romantycznego brzdąkania na gitarze, przyznał, że Shawn Mendes to jego lepsza wersja – wersja pozbawiona dziwnych wirusów w ludzkim oprogramowaniu. Bazując na wcześniejszych albumach Kanadyjczyka takie porównanie mogło znaleźć swoje całkiem rozsądne uzasadnienie, po premierze płyty „Shawn Mendes” trzeba jednak Panu Mayerowi jakoś przekazać, że 19-latek – niestety, a może stety dla niego – stopniowo oddala się od ścieżki utartej przez swojego starszego kolegę. I to właśnie wtedy brzmi najlepiej.


Shawn Mendes bez dwóch zdań należy do najbardziej utalentowanych wokalistów i twórców młodego pokolenia. 19-letni Kanadyjczyk broni się w występach na żywo, podczas których brzmi równie dobrze, co na wersjach studyjnych kawałków, ma też dar budowania prostych, lecz wpadających w ucho, piosenek opartych w dużej mierze wyłącznie na kilku prostych gitarowych akordach. Ku zaskoczeniu, to właśnie to drugie po części nie pozwoliło mu wykorzystać 100% swojego potencjału przy poprzednim albumie „Illuminate”, na którym aż roiło się od podobnych, poprawnych i niewiele wnoszących melodii, podpartych zresztą równie prostymi tekstami. Na „Shawn Mendes” sytuacja nieco się zmienia. 19-latek wychodzi ze swojej skorupy, czerpie garściami ze współpracy z nowymi twarzami przemysłu muzycznego i rozważnie eksploatuje nowe terytorium. Oczywiście, nie jest tak, że na trzecim studyjnym krążku młodego wokalisty jest tylko kolorowo, bowiem przy części utworów, w szczególności w trakcie drugiej partii albumu, Shawn – niestety – wraca do swoich sprawdzonych chwytów i… nuży, oj nuży.

Na „Shawn Mendes” najlepiej wypadają dotychczas wypuszczone single. Antemiczne „In My Blood”, które budzi skojarzenia chociażby z twórczością Kings of Leon (też słyszycie „Use Somebody” przy fragmencie „It isn’t in my blood / I need somebody now / Someone to help me out„?), świeżo-brzmiące „Youth” nagrane z sensacją 2017 roku, czyli Khalidem, oraz „Lost in Japan” ukazujące bardziej funkową i zuchwałą wersję 19-latka, to prawdziwe złoto znajdujące się na wyciągnięcie ręki na tym albumie. Kompozycje te stanowią obraz bardziej dojrzałej wersji młodego wokalisty, a co najważniejsze nie są skrupulatnym odwzorowaniem poprzednich gigantycznych hitów Mendesa (można było to łatwo zauważyć przy wypuszczeniu rok po roku „Stitches”, „Treat You Better” oraz „There’s Nothing Holding Me Back”). Zabieg ten zresztą prawdopodobnie tym razem, by już się nie sprawdził tak dobrze, jak uprzednio, wszakże wobec talentu Mendesa kolejny popowo-gitarowy numer utrzymany w zbliżonym tempie pozostawiłby duży niedosyt i wywołał uzasadnione pytanie o to, czy Kanadyjczyk został już na zawsze zamknięty w tym pokoju bez wyjścia.

Progres twórczy 19-letniego wokalisty czuć przy leniwym i sensualnym „Where Were You in the Morning?”, w trakcie którego dość łatwo można się rozmarzyć obcując sam na sam z uwodzącym wokalem wykonawcy, a także przy utrzymanej w podobnym klimacie pościelówce „Why”. To już dźwięki dojrzałe i przemyślane, wyważone i dużo głębsze lirycznie niż dotychczasowe teksty Mendesa. Uwagę przykuwa także niespodziewane użycie vocodera w końcówce drugiego z nich, co nadaje kompozycji jeszcze bardziej marzycielski charakter. Słodko-gorzki wydaje się materiał stworzony chociażby z Julią Michaels i Ryanem Tedderem. „Nervous” jest w dużym stopniu kalką stworzonego przez Michaels dla Seleny Gomez „Bad Liar”, obydwa utwory bazują na odrobinę mówionych zwrotkach i dość szybkich, w zasadzie bez możliwości wzięcia choćby jednego tchu, refrenach. Bardzo nastrojowe i wdzięczne „Like to Be You”, w którym Michaels można również usłyszeć, sprawdzi się dobrze jako numer albumowy, nie pozwalając się jednak wyzbyć pewnego uczucia, że z kolaboracji tej dwójki można było wycisnąć znacznie więcej. Nawet mniej rozgarnięty słuchacz w utworach tych odnajdzie kobiecą rękę Julii, która oczywiście nie sprawia, że numery te są złe, rodzi jednak przewidywalność i refleksję, że repertuar ten tak właściwie mógłby wykonywać każdy kolega Mendesa po fachu. Podobnie jest przy bujanym „Fallin’ All In You”, w którym przecież doskonale słychać, że piosenka przeszła przez Eda Sheerana i świetnie odnalazłaby się na wydanym przez niego w zeszłym roku multiplatynowym „Divide”. Ta staranność 19-letniego Shawna w eksploatowaniu nowego terytorium z jednej strony zasługuje na pozytywny komentarz – chłopak bowiem uważnie odrobił pracę domową i dobrze brzmi w czymś nowym dla niego, z drugiej strony jednak aż prosi się o lekkie połobuzowanie i niezaplanowane dwukrotne wstrząśnięcie tymi piosenkami przed ich nagraniem.

Utrzymane w szybszym tempie „Mutual” oraz „Particular Taste” świetnie sprawdzą się na playlistach fanów wokalisty. Kawałki te wszakże utrzymane są w klimacie materiału, za który miliony z nich pokochały Mendesa w trakcie jego debiutu. Również „Queen” nie odstaje od tego, co usłyszeć już można było na „Handwritten” i „Illuminate”. I tu pojawia się pewien zgrzyt, bo na dobrą sprawę utwory te można byłoby spokojnie wepchnąć na tracklistę wydanych kilka lat temu dwóch pierwszych studyjnych albumów Mendesa, a zasadność ich obecności nie wzbudziłaby wątpliwości nawet u jednego pojedynczego słuchacza. Dwie pościelówki kończące album – „Perfectly Wrong” i „When You’re Ready” – potwierdzają dar 19-latka do tworzenia nieskomplikowanych, bujających chłopięcych ballad zbudowanych na nieśmiałych pobrzdękiwaniach gitary. Wszystko w tych kompozycjach jest smaczne, poprawne, piękne i wywołujące delikatną łezkę w oku, lecz z pewnością na próżno w nich szukać jakiegokolwiek artystycznego progresu. A szkoda, bo potencjał Shawna Mendesa jest niezaprzeczalny.

Muzyka 19-letniego Kanadyjczyka ma swój urok. Na albumie „Shawn Mendes” powoli zaczyna być słychać to, że – w dalszym ciągu – bardzo młody artysta chce dojrzewać również artystycznie. Przestrzeń, jaka została wytworzona tym razem na jego trzecim krążku, nie została stuprocentowo pod tym kątem jednak wykorzystana. Mendes brzmi najlepiej tam, gdzie zaskakuje i puszcza oczko do słuchacza (leciutkie „Lost in Japan”, seksowne „When Were You In Mornin’?”), na poklask zasługuje również jego współpraca z Khalidem („Youth”). I choć na trzecim studyjnym wydawnictwie wywodzącego się z Toronto nastolatka nie ma choćby jednej złej piosenki, to materiał jako pewna całość dla obserwatora jego kariery pozostawi pewien niedosyt. Słowem wyjaśnienia, fani talentu wokalisty będą najedzeni (a może nawet i obżarci), kibice oczekujący śmiałego kroku do przodu mogą za to szukać jakiegoś dobrego deseru. Na „Shawn Mendes” wyraźnie czuć dobre chęci niespełna 20-letniego piosenkarza do rozpoczęcia przygody z bardziej dojrzałym repertuarem, na dobrych chęciach się jednak w tym przypadku kończy. Shawn, pomimo swojego ogromnego talentu, zdaje się nie mieć bowiem jeszcze tego, co sprawi, że na naszych oczach dokona się transformacja z utalentowanego chłopca na unikalnego i wyróżniającego się z tłumu artystę.

6.0/10

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here