Sam Smith nie jest w porządku. Wraca sobie ot tak, najzwyczajniej w świecie, po trzech srogich latach i nagrywa kolejny album chwytający za serce. Dźwięki ‚The Thrill of It All’ ponownie przeszywają wprost na pół. Nieładnie, oj nieładnie. 


Muzyka Sama Smitha klasyfikowana jest z reguły jako tzw. niebieskooki soul (oryg. blue-eyed soul). Określenie to oczywiście odnosi się do koloru skóry artysty wykonawcy – mianem soulu o niebieskich oczach określany jest ten jakże szlachetny muzyczny gatunek w wykonaniu osób białoskórych. Legenda głosi, że na salony omawiany rodzaj muzyki został wprowadzony wydanym w 1987 roku przez George’a Michaela albumem ‚Faith’. Niemalże trzydzieści lat później inny Brytyjczyk – Sam Smith – czerpiąc z dorobku największych przedstawicieli tego gatunku zdecydował się wyrazić swoje najgłębsze emocje za pomocą minimalistycznych aranżów, opierając się przy tym w całości na wyjątkowości swojego głosu i uniwersalnych historiach zbudowanych na bazie własnych doświadczeń.

Bo pierwsze skrzypce na ‚The Thrill of It All’ grają właśnie wokale i teksty Sama. Momentami mocno dramatyczne, w innych miejscach poruszające, przeważnie ociekające smutkiem. Na dalszy plan schodzi warstwa produkcyjna, a nawet towarzyszące Smithowi instrumenty, które pomimo swojego niezaprzeczalnego uroku zdają się usuwać w cień wobec historii opowiadanej hipnotyzującym głosem Brytyjczyka. Doskonale słychać to chociażby w bonusowym ‚One Day At A Time’ w trakcie, którego ciężar utworu przerzucony zostaje w lwiej części na przejmujący głos Smitha, czy w ‚Palace’ gdzie kameralne dźwięki gitary całkowicie podporządkowują się przekazowi artysty.

sam smith

Wybrane na lead-singiel ‚Too Good At Goodbyes’ to imponujące powielenie niemalże tej samej formuły, co przy pamiętnym ‚Stay with Me’. Sam powtórnie, przy dźwiękach pianina i ze wsparciem chóru gospel, podaje słuchaczom chusteczkę do otarcia łez uwalniając się tym razem od toksycznego związku. O sile emocji zawartych w ‚Too Good At Goodbyes’ może świadczyć to, że kompozycja została stworzona dokładnie kilka dni przed rozpadem związku piosenkarza, w momencie, w którym był całkowicie świadomy kończącego się właśnie etapu. Ból Brytyjczyka łatwo dostrzec w igrającym z delikatnym odcieniem bluesa ‚Nothing Left for You’ oraz rozpoczynającym się od imponującej partii acapella ‚Burning’ („I’ve been smoking, oh / More than twenty a day / Blame it on rebellion / Don’t blame it on me„).

Na dobre 26-latkowi wyszła zaskakująca współpraca z amerykańskim producentem Malay’em. ‚Say It First’ w swej linii melodycznej przywołuje na myśl charakterystyczne dźwięki angielskiego zespołu The xx, produkcja utworu dobrze współgra jednocześnie z przekazem lirycznym eksponując przejmującą walkę o to, kto pierwszy wypowie pewne dwa magiczne słowa (‚Come on baby, say it first / I need to hear you, say those words / If I’m all that you desire, I promise there’ll be fire‚). Jeszcze lepiej brzmi ‚Midnight Train’, które nosi na sobie znamiona legendarnego ‚Creep’ Radiohead – za sprawą swojego chwytliwego refrenu oraz wpadającej w ucho linii melodycznej to mur-beton jeden z pierwszych kandydatów do miana kolejnego singla promującego krążek. Nieco szybsze tempo płycie nadają utrzymane w stylistyce retro ‚Baby, You Make Me Crazy’ oraz ‚One Last Song’ za pomocą, których Smith przypomina, że przy odrobinie chęci jest w stanie szybko oderwać łatkę łzawego balladziarza.

Lirycznie płyta nie odstaje od tego, co można było usłyszeć na debiutanckim ‚In the Lonely Hour’. W końcu sam wokalista zdradził, że ‚The Thrill of It All’ to w sporej części skrupulatny zapis emocji związanych z zakończeniem 5-miesięcznego związku. Na tym polu nie ma większych zaskoczeń, poza kompozycją ‚HIM’ będącą największym highlightem drugiego studyjnego albumu brytyjskiego piosenkarza – to bowiem ten moment płyty, w którym dramatyzm emocji dobija do swego najwyższego stężenia. Tekst adresowany do biologicznego i duchowego ojca młodego homoseksualisty to pierwsza tak otwarta próba poruszenia problemu coming-out’u w dyskografii Smitha, zadeklarowanego homoseksualisty. Brytyjczyk mierzy się w nim z brakiem akceptacji w kościele chrześcijańskim, a także przepraszającym tonem ujawnia swoją tożsamość seksualną własnemu ojcu szukając u niego chociażby namiastki zrozumienia (‚I’m not the boy that, you thought you wanted / Please don’t get angry, have faith in me’). Dramatyzm melodii, wsparty chórkiem gospel oraz przeszywającym głosem Smitha sprawia, że ‚HIM’ to jedna z najdoskonalszych chwil w dotychczasowej dyskografii piosenkarza. Warto tworzyć teksty z przekazem, warto wykorzystywać swój talent oraz zasięg, aby mówić głośno o czymś, o czym w dalszym ciągu w porażającej części świata wciąż jest za cicho. 

Na drugim studyjnym albumie Smitha jasno świeci także gościnnie pojawiająca się YEBBA, która w kompozycji ‚No Peace’ tworzy z Brytyjczykiem zachwycający duet. Obiecująca artystka, którą niegdyś zachwycił się sam Ed Sheeran to wyjątkowo dobrze dobrany – choć nieoczywisty – dodatek na ‚The Thrill of It All’. Znana wąskiemu gronu odbiorców dziewczyna doskonale współgra z barwą głosu 26-letniego wokalisty, równie umiejętnie odnajdując się u boku Smitha pod względem przekazywanych emocji. Na drugim studyjnym albumie Sama swój moment mają również typowe dla dyskografii Brytyjczyka ballady dumnie wspierane przez brzmiące w tle dramatyczne dźwięki pianina – zarówno niespokojne ‚The Thrill of It All’, jak i będące ukłonem w stronę rodziców piosenkarza ‚Scars’ urzekają siłą swojej opowieści przekazaną za pomocą minimalistycznych aranżacji.

W momencie, w którym Twoja pierwsza płyta okazuje się jednym z większych komercyjnych sukcesów ostatnich lat wszelkie szaleńcze eksperymenty z własną tożsamością muzyczną wydają się być całkowicie zbędne i wręcz nie-na-miejscu. Słuchacze w końcu pokochali Smitha za bezwstydną opowieść o najskrytszych zakamarkach własnego ja, za głos przesiąknięty bólem złamanego serca, wreszcie za swoistego rodzaju uniwersalność przekazu piosenkarza. Umówmy się, repertuar Sama Smitha nie u każdego słuchacza spotka się z gromkim aplauzem i delikatną łezką spływającą raz-po-raz po lewym policzku. Wszakże duża część odbiorców wytoczy zarzuty dobrze znane chociażby publice Adele: ile do cholery jasnej można śpiewać w ten sam sposób o złamanym sercu? Z pozoru przecież niewiele się tutaj dzieje. Nic bardziej mylnego. W składzie ‚The Thrill of It All’ aż się roi od różnego kalibru unikatowych emocji, trzeba je tylko po prostu w odpowiednim czasie umiejętnie dostrzec.

9.0/10

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here