I am a soul survivor, I made it through the fire, I started with nothing, I’ve got nothing to lose” tak rozlicza się z przeszłością w jednym ze swoich premierowych utworów Rita Ora. Cytat ten doskonale obrazuje jak długą i krętą drogę wokalistka musiała przebrnąć, aby finalnie dojść do miejsca, w którym znajduje się obecnie. „Phoenix” od kilku dni lśni na półkach sklepowych, a charyzmatyczna wokalistka po raz kolejny udowadnia, że na mapie brytyjskiego popu kraina Ory zajmuje całkiem przyzwoitą pozycję.

Nie ma co ukrywać: kampania najnowszego wydawnictwa Brytyjki trwa nieprzerwanie od pierwszej połowy 2017 roku (patrząc na całokształt następcy debiutu fonograficznego i zmagania Ory z poprzednią wytwórnią – nawet jeszcze dłużej). Pomimo wielokrotnie przekładanej daty premiery Rita konsekwentnie budowała swoją markę wspinając się po kolejnych szczeblach gwiazdrorskiej hierarchii. Dotychczasowe singlowe rozdanie kart było niemalże bezbłędne: 6-krotna (!) seria singli promujących „Phoenix” (wliczając gościnne kolaboracje z Avicii oraz Payne’m) okazała się zabójczo skuteczna. Finalnie, kiedy drugi fonograficzny krok w karierze Rity jest już w naszych rękach, śmiało można rzec, że nie tylko single przykuwają uwagę, zaś wydawnictwo broni się całościowo.

Na wstęp do nowej ery wybrano popową perełkę „Your Song”, spod mistrzowskiej ręki duetu Steve’a Maca i Eda Sheerana, która nadal, po upływie roku, brzmi wyjątkowo apetycznie. Wyprodukowane przez Alesso, DFA oraz Andrew Watta wciągające „Anywhere” to jedna z najdoskonalszych ubiegłorocznych brytyjskich propozycji w świecie elektro-popu i mieszanka dźwięków obok, której nie da przejść się obojętnie. Rita brzmi seksownie, zaś niekonwencjonalna struktura podsycana ognistym refrenem sprawiają, że utwór z łatwością powalczył o najwyższe stopnie na międzynarodowych listach przebojów. Podobna sytuacja ma miejsce w przypadku kompozycji „Lonely Together” (autorstwa niezapomnianego Aviciego), której ładunek energetyczny doskonale rozgrzeje imprezowy parkiet do granic możliwości. Nie dziwi również wybór „Let You Love Me” na kolejny singiel zwiastujący „Phoenix” – króluje tu prostota, wzmocniona przez charakterystyczny beat i zapętlający refren („Say what’s the matter, what’s the matter with me?/What’s the matter with me?/Oh, I wish that I could I let you love/Wish that I could let you love me now”).

Na „Phoenix” mamy też zadziorne i odrobinę pyskate „Girls” (gościnny girl-power z Cardi B, Bebe Rexhą i Charli XCX na pokładzie), które buja od swej pierwszej sekundy. Do puli udanych kompozycji dorzucamy też zmysłowe „Cashmere” i kołyszące „Falling To Pieces”, które zabiera słuchacza w takt dźwięków lekko muśniętych nostalgią, oczywiście w nowoczesnym wydaniu. Ciekawym zabiegiem jest występujące tu połączenie nowoczesnych dźwięków z elementami gospel i instrumentalnym, lekko jazzowym, przejściem.

Za jeden ze słabszych punktów materiału, których szczęśliwie na „Phoenix” jest jak na lekarstwo, można uznać singiel nagrany z Julią Michaels. „Keep Talking” jawi się jako lekko bezbarwne i wtórne, nie dorównuje poziomowi innym kompozycjom. Trudno nie mieć wrażenia, że z kolaboracji tej dwójki można było wycisnąć dużo, dużo więcej. W teorii zachęcająco brzmi połączenie Rity z Panami z Rudimental, a w praktyce „Summer Love” lekko rozczarowuje. Biorąc pod uwagę autorytet i doświadczenie formacji można poczuć niewykorzystany w pełni potencjał. W opozycji stoi zaś kompozycja „For You” nagrana w duecie z Liamem Payne’m do hitowego soundtracku „Fifty Shades Freed”. To iście filmowy utwór wpadający w ucho już po pierwszym odsłuchu, między artystami wyczuwalna jest mocna chemia, która niesie ten kawałek.

Do filarów wydawnictwa bez wątpienia należy dodać emanujący seksualnością kawałek „Only Want You”. Rita w takiej wersji jest totalnie do zjedzenia, pulsujący beat wzmocniony charakterystycznym wokalem Brytyjki i brzdęki gitary sprawiają, że to mocny punkt „Phoenix”. Poziom trzyma także „First Time High”, która odzwierciedla charakter całego albumu, czyli doskonały taneczny pop w mistrzowskim wykonaniu. To kolejny utwór, który znakomicie sprawdziłby się w świecie mainstreamowych rozgłośni radiowych. Kontynuację momentu pełnego dźwiękowej euforii stanowi pociągające „New Look”. Ta bliska popowemu ideałowi odważna kompozycja balansująca po powierzchni nowoczesnego synth-popu podnosi ciśnienie i mimowolnie zachęca do tańca. Znacznym potencjałem komercyjnym charakteryzuje się również lekko tajemnicze i owiane nutą dramaturgii głównie za sprawą warstwy lirycznej „Hell Of A Life”, gdzie dostajemy szeroką paletę muzycznych barw otwierającą wrota z prawdziwym wirem emocji. Bez wątpienia doskonałą klamrą całego krążka jest intymna kompozycja „Soul Survivor”. To prawdziwe katharsis, w którym Brytyjka rozlicza się ze swoją przeszłością odcinając grubą kreską to co zostawia za sobą.

Możemy odetchnąć z ulgą bowiem finalny efekt zaserwowany przez Panią Orę jest godny niemiłosiernie długiego czekania. Znajdziemy tu sporą garść kompozycji, które mogłyby uchodzić za wyznacznik tego, jak światowy pop powinien brzmieć w 2018 roku. Kompozycje pokroju („Falling To Pieces”, „Only Want You”, czy „Hell Of A Life”) udowadniają, że wykonawczyni „Hot Right Now” posiada potężny apetyt walki o zawładnięcie listami przebojów, zaś kilkuletnia przerwa od debiutanckiego „ORA” nie ostudziła jej zapału do ciężkiej pracy. Rita prawdopodobnie odnalazła w końcu własne brzmienie, co słychać kawałek po kawałku, dźwięk po dźwięku. Można wręcz pokusić się o przywołanie cytatu nawiązującego do jakże symbolicznego tytułu krążka: „Once I’m transformed, Once I’m reborn, You know I will rise like a phoenix, But you’re my flame…”.

7.5/10

 

 

Rita Ora wydała nowy album! Posłuchaj krążka „Phoenix” [streaming-party]

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here