Kamień z serca! 25-letniej Tinashe po wielu trudnych bojach udało się w końcu wydać zapowiadany od dłuższego już czasu album. ‚Joyride’ ocieka dużą dawką porządnego i wciągającego r&b, stawiając tym samym utalentowaną Amerykankę wśród najbardziej obiecujących przedstawicielek tego gatunku.


Nie ma co ukrywać – droga Tinashe do premiery drugiego studyjnego krążka do najłatwiejszych z pewnością nie należała. Przed odpaleniem trwającej aktualnie kampanii albumu ‚Joyride’ 25-latka wypuszczała kapiszon za kapiszonem, mijając się z gustem fanów muzyki popularnej.  Nagrane z Chrisem Brownem ‚Player’, wakacyjne ‚Superlove’ oraz ultra-popowe ‚Flame’ nie doprowadziły wokalistki do wielkiego dnia wypuszczenia nowego krążka, wywołały natomiast obawy co do spójności i kierunku materiału, jaki finalnie znajdzie się na następcy jej debiutu. Możecie odetchnąć z ulgą, ‚Joyride’ to album koherentny i niebudzący wielu wątpliwości dotyczących jego autentyczności, których z łatwością można było przecież nabrać po chociażby dźwiękach banalnego do bólu ‚Flame’.

Całość rozpoczyna się od dość ciekawego wstępu w postaci minutowego ‚Keep Your Eyes on the Road’, w którym Tinashe w ostrzegawczy sposób zachęca do zapięcia pasów przed rozpoczęciem podróży, w tle można zaś usłyszeć dźwięki śmigających samochodów. A jest przed czym ostrzegać, bo już wraz z nadejściem pierwszego dźwięku tytułowego ‚Joyride’ jasne staje się, że 25-latka w żaden sposób nie spowalnia tempa narzuconego przy debiutanckim ‚Aquarious’. Wokalistka zrezygnowała z udziału Travisa Scotta we wspomnianym kawałku, którego można było usłyszeć w pierwszej nieoficjalnej wersji utworu. I słusznie, bo Tinashe sama sprawnie przechodzi przez całą klimatyczną kompozycję, raczej nieskomplikowaną w swej warstwie lirycznej, lecz podciągającą się dzięki interesującej strukturze melodii oraz chwytliwych partii ‚they be like la la la, la la la’, od których aż roi się w utworze.

tinashe-faded-love

Niemalże bezbłędnie wybrano dotychczasowe single, bo to właśnie lead-singiel ‚No Drama’ (gościnnie Offset) i jego następca w postaci ‚Faded Love’ to kawałki z największym potencjałem przebojowości. Ognista produkcja i pewność wylewająca się z pierwszej z nich udowadnia, że Tinashe za długo w przerwie między erami błądziła po ścieżkach komercyjnego brzmienia, próbując przypodobać się większej publice. A niepotrzebnie, bo brzmienia tychże kawałków pokazują, że w sensualnym r&b naznaczonym cząstką arogancji sprawdza się najlepiej. 25-latka dobrze brzmi również u boku szwedzkiej grupy Little Dragon, którą zaprosiła do współpracy nad wciągającym ‚Stuck with Me’ (‚I’m a trainwreck, I’m a carcrash / But you’re a shotgun, get an air bag, get a ice bag for the weekend / cause he stuck with me I can feel it’). Kolaboracja wpada w ucho już po pierwszym odsłuchu, zaś między artystami wyczuwalna jest dobrze współgrająca chemia, co sprawia, że to jeden z mocniejszych numerów na ‚Joyride’.

Nie brakuje też pościelowego, leniwego i zmysłowego r&b, bo właśnie taka w dużej mierze jest przejażdżka z Tinashe oferowana na jej drugim albumie. W obudowanym kokieteryjnymi, wysokimi rejestrami i uwodzicielskim szeptaniem ‚He Don’t Want It’ czy też bujającym ‚Oh La La’ wokalistka w sensualny i apetyczny sposób skupia się na kwestiach damsko-męskich („You know you belong right here inside my arms” rozpoczynające drugi z nich). Efemeryczność wokali, delikatnie bujający podkład i jednostajność kompozycji sprawia, że łatwo skusić się na chwilę zapomnienia z Tinashe. Największy pokład wyrafinowanej seksualności zawiera w sobie podniecające ‚Salt’, w którym 25-latka doskonale dominuje nad minimalistycznym i niewyszukanym beatem sprawnie, szyjąc przy tym łóżkowe r&b. Nie do końca zrozumiały jest za to zabieg wrzucenia na stosunkowo krótki album aż dwóch przerywników (‚Ain’t Good for Ya’ i ‚Go Easy on Me’), które wydają się być w tym układzie odrobinę zbędne. O tym, że świat jest chory i przepełniony ignorancją wiedzieliśmy już na długo przed odpaleniem monologu zawartego w ‚Go Easy on Me’. Najbardziej blado – i jest to spore zaskoczenie – wypada zabarwione komercyjnym i modnym beatem ‚Me So Bad’ oraz przepadające gdzieś w tyle spokojne ‚No Contest’, które niestety nie uderza równie mocno, co poprzednicy (‚I’m here for no contest, when it comes to loving you’). Całkiem udane zakończenie przygody z ‚Joyride’ zawarto w pościelowej balladzie ‚Fire & Flames’, która choć prosta jak budowa najtańszego cepa, to w uroczy sposób ukazuje kolejną odsłonę wokali Tinashe, tym razem w bardziej klasycznym wydaniu.

Fani Tinashe mogą odetchnąć z ulgą. ‚Joyride’ to udana i naturalna kontynuacja tego, co można było odnaleźć na dobrze odebranym przez miłośników r&b debiucie ‚Aquarious’. Oczywiście, można byłoby sobie wyobrazić, że 25-latka pozwoli sobie tym razem na odrobinę więcej wariacji na temat r&b, odkrycie nowego terytorium na jego mapie i bardziej prekursorskie podejście do tematu. Nie jest to jednak konieczność w momencie, w którym serwuje się dobrej jakości klasyk gatunku nieopuszczający poprzeczki ustanowionej za pierwszym podejściem.  Poza wspomnianym ‚Me So Bad’ na próżno szukać tu wymuszonych kompozycji przygotowanych w odpowiedzi na wszechobecne trendy panujące na rynku, nie znajdziecie też kolejnych niezrozumiałych prób podbicia światka stricte popowego. Jest seksownie, lecz nie wulgarnie; zmysłowo, lecz nie tandetnie; spokojnie, lecz bez krzty nudy.  Nastrojowe, wymuskane i wypielęgnowane r&b ze znakiem firmowym dobrej jakości Tinashe przeszytym na wskroś. 

7.0/10