Nie bez powodu to właśnie królowa, powszechnie znana jako hetman, uznawana jest za najsilniejszą figurę w szachach. Po szachownicy może bowiem poruszać się w dowolnie wybranym kierunku, o dowolną liczbę wolnych pól. Gdyby rynek żeńskiego rapu miał być 64-polową planszą pełną rozmaitych figur, to Nicki Minaj doprawdy pełniłaby rolę królowej. Wszystkie pionki z drogi, monarchini tak łatwo nie da się zbić z muzycznej szachownicy.

Premiera praktycznie każdej kolejnej płyty 35-letniej Nicki Minaj niesie ze sobą chwile godne prawdziwego rollercoastera. Tym razem aż do ostatniego momentu fani raperki głowili się, czy „Queen” aby na pewno ukaże się 10 sierpnia, czy też 35-latka zdecydowała się przenieść premierę z uwagi na kwestie niewyjaśnionego użycia sampla w jednym z kawałków. Poruszenie pojawiało się zresztą już dużo wcześniej. Między „The Pinkprint” a „Queen” na rynku muzycznym pojawiła się debiutująca Cardi B, która obecnie uznawana jest za największą „rywalkę” Minaj, zaś amerykańska raperka dość nieudolnie chciała rozpocząć trwającą erę za sprawą trzech singli wypuszczonych ponad rok temu („No Frauds”, „Changed it”, „Regret in Your Tears”). Wszystkie czarne chmury, jakie unosiły się nad czwartym studyjnym krążkiem Nicki można jednak uznać za wspomnienie przeszłości – album „Queen” hula po sieci udowadniając, że tytuł krążka to nie dzieło przypadku.

Kontrowersyjna niekiedy Minaj powraca do swoich korzeni uciekając przy tym od euro-tanecznych brzmień, które można było odnaleźć chociażby w sławetnym „Starships”, czy też „Pound the Alarm”. Flirtowania z popem na „Queen” jest jak na lekarstwo („Bed” u boku Ariany Grande, „Come See About Me”) i należy to uznać w tym przypadku za duży atut wydawnictwa, bo Nicki w klasycznym wydaniu – niestety, albo i stety – bez większego wysiłku zjada popowe kompozycje na śniadanie. Inauguracja „Queen” zaczyna się wraz z nadejściem wolno-budującego się „Ganja Burns” (należącego zresztą do ulubionych utworów z tego albumu głównej zainteresowanej) – to konkretny start utrzymany w odcieniu tribalowego brzmienia spod produkcji J. Reida, w którym Minaj w dobrze znany sobie sposób rozstawia towarzystwo po kątach („They done went to witch doctors to bury the Barbie / But I double back, kill bitches , bury the body.”).

Raperka popisowo żongluje odważnymi rymami w „Barbie Dreams” puszczając przy tym oczko do plejady przewijających się w tekście kolegów i koleżanek z branży („Had to cancel DJ Khaled, boy, we ain’t speakin’ / Ain’t no fat nigga tellin’ me what he ain’t eatin'”), a i miękko ląduje w „Majesty”, kolaboracji z Eminemem & Labrinthem, które posiada tuzin apetycznych momentów (Eminem w formie lepszej niż w którymkolwiek momencie swojego ostatniego longplay’a). Nie tylko ta współpraca Minaj wyszła na dobre – na uwagę zasługuje kończące album „Coco Chanel” nagrane wspólnie z Foxy Brown, czyli uderzający miks ciemnego brzmienia w iście karaibskim wydaniu, oraz „Rich Sex” u boku sprawdzonego i trochę wyeksploatowanego Lil Wayne’a. Rozczarowuje za to The Weeknd, który w „Thought I Knew You” prawi z 35-latką o równie zawodzącej romantycznej relacji. Gdzieś w samym środku stawki plasują się pozostałe współprace – z magnetyzującym Swae Lee w „Chun Swae” oraz z Future w momentami monotonnym „Sir”.

Na „Queen” Minaj serwuje na tacy samą siebie w wydaniu, które pokochali amatorzy jej talentu. Smażące się w mocnym beacie „Hard White”, freestyle’owe „Good Form”, czy hipnotyzujące „Run & Hide”, które dotyka problemów raperki z zaufaniem, pokazują, że 35-latka jest w więcej niż dobrej formie. Bez zbędnych ozdobników i produkcyjnych tricków, okrojona ze swojego nieszablonowego wizerunku dostrzegalnego w „Stupid Hoe” czy „Roman Holiday”, Nicki otwiera przed słuchaczem puszkę ze swoją do krwi autentyczną i mocno dojrzałą wersją. Nie oznacza to jednak, że na dobre porzuca charakterystyczne sobie rymy, w których pewność siebie i zadziorność wylewa się z każdej sekundy. W singlowym, uzależniającym „Chun-Li” Onika wyraźnie daje do zrozumienia, że w tej grze nie należy jej umniejszać („They need rappers like me /So they can get on their fuckin’ keyboards and make me, the bad guy / Chun-Li„), a i pozostałe utwory, jakie finalnie znalazły się na „Queen”, dobitnie dowodzą, że zbicie Minaj z szachownicy kobiecego rapu może być wyjątkowo trudne.

8/10

 

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here