Po ponad trzech latach od wydania debiutanckiego singla „Nic tu po mnie” Michał Szczygieł zaprezentował światu album „Tak jak chcę”. Wokalista zdradził nam kulisy jego powstawania, opowiedział o ciężkim okresie po udziale w „The Voice of Poland”, dominacji rapu na rynku muzycznym, jak również o tym, że w przeszłości odmówił duetu uznanemu artyście.

Zacznę od pytania chyba najbardziej banalnego, ale podobno takie są najlepsze. Jakie emocje towarzyszą wokaliście, który za dosłownie kilkanaście godzin wydaje debiutancką płytę?

U mnie to jest dość specyficzne. Moi znajomi i współpracownicy są nawet trochę w szoku, bo nie widać po mnie takiej czystej, dziecięcej ekscytacji tą płytą. Cały czas drążymy różne rzeczy promocyjne, cały czas dopinamy deale, koncerty, itd. Żyję tym, co dzieje się na bieżąco. Ciężko mi też w ogóle traktować tę płytę jako coś wowow, bo już od paru lat jestem przygotowany na jej wydanie. Wiedziałem, że ona będzie. Miałem to cały czas w świadomości i teraz, kiedy wychodzi, jest super, są na niej single, które mega, mega mi się podobają i jaram się tym, że wychodzą, ale jakoś bardziej jest to dla mnie początek. Dziwnie to brzmi, gdy cztery lata jestem na scenie. Fajnie, że teraz mogłem zamknąć tą płytą pewien kilkuletni etap i już zacząć myśleć o czymś nowym. Nawet rozpocząłem już prace nad tymi nowymi rzeczami, tylko nieco przystopowałem z uwagi na to, że chcę poświęcić się promocji tej płyty, całemu wydawnictwu. Kiedy mówię, że myślę o kolejnych rzeczach, to od razu zaznaczam, że jest to trochę niezdrowe, by mówić o nich, kiedy promujesz konkretne wydanie, ale tak to już ze mną jest. Dla mnie podjarą są te nowe numery i nowe pomysły na klipy, itd. Cała ta otoczka medialno-promocyjna jest spoko. Wiem, że musi być. Ruszyły koncerty, a tym samym mega dużo przygotowań. Tak naprawdę większość czasu w ostatnich tygodniach poświęciłem właśnie na to. Koncerty, premiera singla, premiera płyty… Jest nerwowo, ale nie da się chyba nie mieć nerwów w tak istotnych momentach. To, że są nerwy, wymiany zdań, pokazuje, że są we mnie te emocje, mimo że może nie wychodzą na zasadzie „HURRA!”, bardzo optymistycznej. Ciężko mi się cieszyć czymś tak mega, mega, jednocześnie będąc na tym skupionym, widząc pewne negatywy i starając się pozostać w tym wszystkim krytycznym. Cały czas widzę, co można poprawić, co można zrobić, czego jeszcze nie mamy, a możemy mieć. Mówię tutaj o całości, jako o zespole, który nad tym pracuje. Dlatego tak ciężko mi się tym po prostu cieszyć, bo cały czas trwa praca, więc bardziej się spinam, żeby to było dobre, aniżeli cieszę się, że to już jest. Stąd ten tryb mało happy.

Czyli nie ma chillku jak na okładce płyty, że teraz tylko drineczek?

No nie ma, nie ma. Taki był zamiar, że ta płyta musi oddawać taki klimat. Myślę, że to kwestia paru dni. Jutro jadę na koncert. Wyjeżdżając z Warszawy, będę już w trybie koncertowym. Wtedy włącza się we mnie weselszy chłopak, a już tak najbardziej, to po koncercie. Mam to do siebie, że przed koncertem się spinam, myślę o wyjściu na scenę, skupiam się. Ciężko być jednoczenie profesjonalnym i niestresującym się, a już w szczególności, kiedy prezentujesz nowy materiał. Inaczej, gdybym grał 30. koncert. To jest jednak nowy materiał z trudnymi aranżami. Chapeau bas dla moich chłopaków z zespołu, którzy wykonali kawał dobrej roboty, żeby to brzmiało, jak brzmi. W trakcie koncertu już się odpalam, że zapominam o tej spinie. Gdy schodzę ze sceny, wpadamy sobie w ramiona i wtedy jest czas na wielkie zachwyty. Wiemy, co zrobiliśmy źle, co zrobiliśmy dobrze, schodzi ciśnienie. Wiesz, jak jest przy stresującej sytuacji.

Ale to w ogóle jest chyba typowe dla artystów, że najcięższym elementem waszej pracy jest wszystko to, co wiąże się z samą promocją, czyli wywiady, jakieś wystąpienia. A kiedy wchodzi się na scenę, czuje się ten żywioł, energię, to jest to. W szczególności, gdy jest się wygłodniałym po tak długim lockdownie.

Dokładnie. A to tego jest jeszcze taka sytuacja, że  wielu artystów nie chce być celebrytami, nie chcą być po prostu znani i prześwietlani na każdym kroku. W przypadku promocji albumu trzeba trochę wyjść ze swojej strefy komfortu. Nigdy nie miałem problemu z rozmową z ludźmi. Jestem w mainstreamie od dawna, więc wywiady są dla mnie na porządku dziennym, choć z czasem przesiewam to coraz bardziej. To zrozumiałe, że najwięcej radości jest w koncertach, w muzie, w samym tworzeniu, aniżeli opowiadaniu o tym, co zrobiłem. Beksiński kiedyś powiedział, że bardzo ciężko jest opisać obraz, ale jeszcze ciężej jest opisać muzykę. Jak werbalnie jesteśmy w stanie opisać i nakreślić komuś emocje, chociażby przemawiające przez dany utwór? Ciężko mówić, o czym jest twoja płyta lub co dokładnie chcesz powiedzieć konkretną piosenką.

Zawsze zostaje pole do interpretacji.

Tak. Wiadomo, że warto nakreślić, o co chodzi, żeby osoba, która będzie to interpretować, miała jakąś wskazówkę, żeby nie błądziła po jakichś stepach niewiedzy. Największa radość to są rzeczywiście jednak wszystkie te około-muzyczne rzeczy i tego się trzymam. W tym roku zapowiada się trochę grania. Mam nadzieję, że dam upust emocjom.

Tego ci oczywiście życzę! Nie jest tajemnicą, że piszesz swoje piosenki i ciekawi mnie, jakim typem tekściarza jesteś. Piszesz o sobie czy jak chociażby Daria Zawiałow wymyślasz postaci, bawisz się w narratora?

U mnie to wygląda głównie tak, że mocno spinam się z tymi tekstami. W takim znaczeniu, że nie chcę wypaplać czegoś, z czym się nie zgadzam. Jeżeli gdzieś wpuszczam jakieś elementy kreacji, by ubarwić utwór, to dbam o to, żeby to, o czym mówię, a niekoniecznie jest związane ze mną w danym momencie, zgadzało się z tym, co uważam i niosło ze sobą taki przekaz, pod którym mogę się podpisać i z którego nie będę się musiał tłumaczyć. Jeżeli coś jest nieakceptowalne społecznie, ale chcę o tym powiedzieć, to tak się zdarzy. Tekstowo staram się zawsze zawrzeć siebie. Nawet gdy piszę o kimś, bądź o tym, co zaobserwowałem, to to raczej jest subiektywne. Jeżeli nie piszę o sobie i swoich emocjach, to piszę o nich ze swojej perspektywy i je nazywam. Tak samo, gdy piszę o jakichś emocjach, że są złe lub dobre, to dalej jest to subiektywne. Dla kogoś innego może być przecież zupełnie inaczej.

A miałeś kiedyś tak, że ktoś powiedział/napisał ci: „O, fajna piosenka. To o mnie?” lub coś w tym stylu?

Taaak! (śmiech) Nawet znajomi mi czasami mówią „O, to o mnie, o mnie”. Albo leci piosenka, słyszą jakiś fragment, gdzie są jakieś podprogowe rzeczy, które zrozumieją tylko wtajemniczeni, to śmieją się i mówią, że słychać, że to moje albo „Hahaha, pamiętam!”. Moja przybrana siostra Asia wysyła mi niektóre numery i mówi, że to na pewno o niej. Wtedy myślę sobie, że super i cieszę się bardzo.

Sam też powiedziałeś, że jesteś w tej przestrzeni medialnej już cztery lata. Byłeś w The Voice of Poland, odniosłeś mega sukces z pierwszym singlem „Nic tu po mnie”. Chciałbym trochę nawiązać do tego okresu. Dlaczego musieliśmy czekać tak długo na ten album i jak wspominasz sukces tego singla? Miałeś podejście na zasadzie „Talk to my hand, mam hicior” czy raczej bałeś się bycia artystą jednego przeboju?

To jest dużo bardziej złożone, niż się wydaje. Jestem ze światka hip-hopowego, jeśli chodzi o wychowanie. Idąc do tego programu, nie myślałem, że tu zacznie się moja kariera, będę robił piosenki i będę sławny.

Poszedłeś do tego na zasadzie, że zobaczymy, co los przyniesie?

Tak. Chciałem przeżyć przygodę. Myślałem, że odpadnę gdzieś po przesłuchaniach w ciemno i skończę maturę, będę studiował, itd. Jakiś czas temu środowisko hip-hopowe było jeszcze bardziej hermetyczne. Z roku na rok jest coraz mniej, bo jego reprezentanci muszą iść z duchem czasu. Nie można być dinozaurem, choć oczywiście są i tacy. Jako że byłem wychowany na tej, wiesz, autentyczności, której też w hip-hopie jest teraz tyle, ile jest, to miałem kompleks popu przez wmawianie mi, że pop jest sztuczny, nieszczery.

Jesteśmy w podobnym wieku. Sam pamiętam, jak przez lata uważało się, że hip-hop jest prawdziwy, niekomercyjny, pokazuje prawdę.

Tak, uważało się, że komercja jest zła sama w sobie, tak samo jak kontakt z mass mediami. Miałem wspomniany kompleks tym bardziej, że nie podobał mi się numer „Nic tu po mnie”. Mimo że oficjalnie nie, to brałem udział w powstawaniu tego numeru. Nie czułem jednak, że jest mój. Osiągnąłem bardzo duży sukces jednym numerem, którego nawet do końca nie zrobiłem i który nie był taki, jak chciałem. Miałem nawet myśli, żeby zatrzymać to wszystko, dać sobie spokój, powiedzieć wytwórni, że rezygnuję i zacząć od nowa sobie to wszystko układać. Minął rok, minął drugi, wydarzyło się wiele, poznawałem ludzi, odnajdowałem się w tym show-biznesie. Cały czas utrzymywałem się na fali, mimo że nie wydawałem numerów albo wydawałem słabe numery, które się nie przebiły. To były bardziej takie strzały ratunkowe. Stricte pracę nad utworami rozpocząłem dopiero w 2020 roku. W takim znaczeniu, że zacząłem chodzić do studia regularnie i pracować. To wynikało też z tego, że przeprowadziłem się tutaj [do Warszawy], rzuciłem studia, wyprostowałem sobie kilka rzeczy managementowych, zacząłem współpracę z innym managerem i mogłem budować wszystko to od zera. Uczyłem się fachu songwritera, autora, itd. Wcześniej były to takie zrywy i delikatne podejścia, a tu zaczęła się taka konkretna praca. Dużo pomogli mi Hotel Torino, czyli Dominic Buczkowski-Wojtaszek i Patryk Kumór, bo uczyłem się od nich od początku, od pierwszych sesji.

Od mistrzów!

Dokładnie. Sam też mam duży dar do nauki z samej praktyki. Jestem słabym teoretykiem, ale łapię i rozumiem muzykę. Dużo słyszę. Wydaje mi się, że jestem takim urodzonym muzykiem, choć nie mogę powiedzieć, że w pełnym tego słowa znaczeniu, bo tak jak powiedziałem, teorii nie ogarniam. Jestem po prostu naturszczykiem. Większość numerów powstała w ciągu roku. Mam na myśli te ostatnie. Są tam też starsze – sprzed roku, sprzed dwóch. Jest wspomniane „Nic tu po mnie” sprzed ponad trzech lat.

Czyli nabrałeś dystansu do tej piosenki? 

Tak, tak. Zastanawiałem się, czy w ogóle dawać ją na tę płytę, ale ostatecznie dałem, tak samo jak „Nie mamy nic”. Nie dałem natomiast „Będzie co ma być” ze względu na to, że z tym numerem też były różne zagmatwane historie i po prostu go nie lubię. Jeśli chodzi o „Nic tu po mnie”, to jest to pewna historia, pewna droga. Jestem wdzięczny temu numerowi i mam do niego szacunek. Grając teraz z chłopakami ten numer na koncercie, odwracam się i mówię: „Ej, chłopaki, zajebisty jest, nie?”. Wiesz, wszyscy go znają, ja sobie go śpiewam, znam na pamięć. Obudziliby mnie o 3:00 w nocy, a ja bym go zaśpiewał. Teraz gramy trapową wersję, śmieszną, tak dla zmiany klimatu. To było swego czasu męczące, że wszędzie było „Nic tu po mnie”. Ogrywałem wszystkie festiwale jednym numerem, ogrywałem wszystkie śniadaniówki jednym numerem, tak samo gale. Do porzygu. Potrzebowałem czasu. Zrobiłem sobie fundament – i managementowy, i psychiczny. Musiałem nauczyć się paru rzeczy, nabrać pewności siebie, asertywności, bo nie na wszystko się trzeba zgadzać, tak samo jak robić to, czego inni od ciebie wymagają. Trzeba wziąć pod uwagę, że jestem artystą i jeżeli piszę numery, to też miewam tak, że wiele rzeczy mnie blokuje. Nie chcę się tu tłumaczyć wiekiem, ale z drugiej strony jestem po prostu młody.

Ale tak jest. Kiedy wchodziłeś w show-biznes, miałeś zaledwie kilkanaście lat. Trudno wymagać, żebyś już wtedy umiał wszystko sobie wywalczyć.

Dokładnie. Powiedzmy, że siłuję się z ludźmi, którzy są 15-20 lat w branży i oni takich jak ja przerobili z pięciu. Widzę, że wielu ludzi stosuje na mnie różne techniki, które się na innych sprawdzają, ale jako że je widzę, to mogę nie dać się w ten sposób robić. Wszystko się rozwija. Wydaje mi się, że przebiłem ten poziom popularności i artystyczny, jaki był przy peaku „Nic tu po mnie”. W streamingu mam teraz 700 tysięcy słuchaczy miesięcznie, czyli bardzo dużo jak na popowego artystę. Gdy są zestawienia TOP 50, to nie licząc hip-hopu, jestem w TOP 5 w Polsce. TOP 5 na całą Polskę – to robi robotę. Hip-hop i trap będą schodzić z tego piedestału, bo ile można?

To prawda, to się stale zmienia. Sam pamiętam ten boom na hop-hop, później jego spadek…

Był spadek, potem znowu boom, bo wleciał trap. To była świeża odsłona dla małolatów, którym się znudził rap. Trap jest trochę postępem mentalnym hip-hopowców, bo jest bardziej otwarty. Odważniejsze stylizacje, udział w mass mediach, itd. To jest trochę taka ewolucja hip-hopowca. Nie wiem, co będzie dalej. Wydaje mi się, że to już nie ewoluuje, bo młodzi będą słuchać już czegoś innego. Ciężko nam to przewidzieć, bo jesteśmy pierwszymi pokoleniami internetu. To my stanowiliśmy o tym, co jest słuchane w internecie. Hip-hop zjadał i zjada wszystkich cały czas, ale to się będzie zmieniać. Najmłodsi już niekoniecznie będą słuchać hip-hopu. Pojawia się pytanie – w którą stronę to pójdzie? Jestem ciekaw, ale akurat u mnie jest taki plus, że nie idę w ogóle z nurtem i nie muszę się przejmować tym, czy hip-hop będzie dalej, czy nie, bo robię pop. Tyle dobrze, że ominąłem trendy, choć kusiło nie raz, żeby zrobić coś bardziej rapowego. Zrobiłem featy i wydaje mi się, że w nich się wystrzelałem. Dla mnie jest to wystarczające.

Właśnie! Chciałem też do tego nawiązać. Dowodem na tę ewolucję rapu, o czym mówisz, jest to, że raperzy otwierają się teraz na współprace z popowymi artystami. Ty tych piosenek trochę nastrzelałeś, było sporo hitów. Miałeś też numery z innymi popowymi gwiazdami, chociażby z Karoliną Stanisławczyk. Na twojej płycie znalazł się natomiast tylko jeden duet – z Zalią. Czym cię urzekła i dlaczego akurat ona?

Zalia po prostu urzeka. Sprawnie pisze, napisała tekst do swojej części tego numeru w dwa dni. Mnie, Szymonowi Frąckowiakowi i Kubie Laszukowi, z którymi zrobiłem parę numerów na płytę, między innymi „Więcej”, czyli przedostatni singiel, właśnie na tym zależało. Potrzebowaliśmy damskiego głosu, zastanawialiśmy się, kto się nada. Były dwa warunki – sprawna i posiadająca głos, który będzie pasował barwą. Odezwaliśmy się do Zalii, z którą chłopaki już pracowali. Bardzo szybko i bardzo entuzjastycznie zareagowała, więc nie widziałem innej opcji jak masz, działaj, pisz. Pierwsza sesja i wszystko ogarnięte. Potem przerwa półtora tygodnia, wszedłem do studia z chłopakami, nagraliśmy moje partie, nagraliśmy chórki, Zalia przyjechała dograć swoje i zamknęliśmy numer. Miało nie być żadnych gości. Postawiłem jednak na artystkę, która teraz jest niżej, jeżeli chodzi o popularność, bo dopiero zaczyna. Mimo tego bardzo dobrze sobie radzi jak na debiutantkę bez wsparcia gigantów. Dziewczyna miała na początku samą dystrybucję, a osiągała setki tysięcy wyświetleń w Spotify. To też pokazuje, jak duży potencjał w niej drzemie. Gdy weszła do studia, uderzyłem do niej z tekstem, żeby położyła jakiś freestyle, jakieś melodie, czyli tak, jak ja pracuję, a wiem, że pracuję bardzo sprawnie. Chwalę siebie, bo czasem trzeba. To jest też podparte opiniami ludzi, z którymi współpracuję. (śmiech) Właśnie tym mi zaimponowała, że faktycznie widać w niej zaangażowanie. Ona się jara tym. Wszystko jest fajnie oprawione. Teraz wydała nowy numer „Odpływam”, który też jest super. Mega jej kibicuję i cieszę się, że mogłem w jakimś stopniu pomóc. Na żywo radzi sobie świetnie, co jest ważne, bo w końcu skończy się moda na, za przeproszeniem, „darcie mordy” na koncercie z autotunem. Ile można? O ile niektórzy fajnie to ogrywają, bo robią show, to są też tacy, którzy chcą oszukać przeznaczenie. Sam nie wiem, czy nie zacznę go kiedyś używać, ale bardziej w formie korekcyjnej, w pełni świadomie, żeby podkręcić samo brzmienie, żeby brzmiało trochę bardziej jak numer z płyty. W prawie każdym numerze na krążku jest tune. Tylko w rockowej balladzie „Jakby co” nie było tune’a w ogóle. Sami słuchacze są już przyzwyczajeni do tego, że słuchają z tunem z radia, ze Spotify. Do tego stopnia, że gdy nie ma tune’a, to wydaje im się, że coś jest nie tak.

Trzeba podziękować Cher i piosence „Believe” za wrzucenie autotune’a do mainstreamu. Jeżeli chodzi jeszcze o te duety, to mówisz, że z Zalią nadawaliście na tych samych falach. A miałeś kiedyś tak, że zrezygnowałeś z jakiejś współpracy?

Tak. I to nawet nie dlatego, że totalnie nam nie szło, ale numer się przedawnił, spotkaliśmy się po czasie, mnie zmieniła się barwa, kumplowi tak samo i zrezygnowaliśmy. Złapałem się na tym, że zrobiłem numer, a on przez rok, a nawet pół roku nie został wydany i gdy go słuchałem, po prostu mi się nie podobał. Raz nawet odmówiłem feata po tym, jak się zgodziłem zaśpiewać. Siłowałem się z refrenem, nie mogłem go wymyślić. Przeprosiłem. To była przykra sytuacja, bo chodziło o osobę, którą znam z branży muzycznej, do której mam szacunek, bo jest weteranem sceny hip-hopowej. Zrozumiała, pokazała swoją dojrzałość i zrozumienie, całe szczęście. Dzięki temu mam teraz podejście na zasadzie: „Dzięki” i motywację do tego, żeby jeszcze zrobić coś z tą osobą, gdy wszystko ogarnę promocyjnie. Mógłbym wtedy napisać zwrotkę, wysłać refren i powiedzieć: „Spoko, wywiązałem się”, tylko co, kiedy ja tego nie czuję? Wolę czegoś nie wypuścić i zrobić delikatny kwas, niż wypuścić i potem nie chcieć się pod tym podpisać.

Chciałbym też nawiązać oczywiście do twojego najnowszego singla „Noga na gaz” – jak można rozumieć ten tytuł? Ja to rozumiem jako takie: „Wydałem płytę, teraz noga na gaz i dopiero zacznie się jazda”.

Taak, trochę tak. To samo z tytułem albumu, czyli „Tak jak chcę”, że zaczyna być tak, jak to widziałem. A „Noga na gaz” – dokładnie – jedziemy. Interpretacyjnie to może też dotyczyć wakacji, relacji z kimś. „Nie pytaj mnie o plan, nie pytaj mnie, bo przecież sama wiesz to najlepiej”. To trochę taka odcinka. Zaczynają się koncerty, wraca normalność i w końcu można wjechać w to wszystko z nogą na gazie.  Śpiewam, że dbam o żart, że chciałbym go wszędzie brać. Pokazuję, że nie jest kolorowo. Wiadomo, jak jest w Warszawie. Presja, presja, presja. „I nawet cień nieproszonym dla nich gościem jest” – no bo tak to czasami jest, że masz kontakt z ludźmi, którzy są nabuzowani negatywną energią do tego stopnia, że masz dość własnego cienia. Sam się sobą schizujesz, że musisz coś zrobić. Często mam tak, że nawet, gdy chcę się wyłączyć, pojechać gdzieś, iść, obejrzeć, cokolwiek, to odruchowo włączam telefon i odpalam maila, co mnie bardzo grzeje. Nie chcę tak żyć. Chcę tworzyć numery, chcę grać koncerty. Mnie nawet social media denerwują, bo o ile sam naturalnie czasem lubię coś zrobić, to nie lubię…

Gdy jest to obowiązkiem?

Tak. Nie jestem typem, który sprzedaje swoją prywatność. O mnie, mimo że jestem w głębokim mainstreamie, nie wiadomo za wiele.

To prawda. Poza tym, ile masz lat i gdzie zaczynałeś, wiadomo niewiele.

Teraz dopiero ktoś zaktualizował Wikipedię. Mam życzenie, żeby tak zostało. Nie chcę być na stronach głównych serwisów plotkarskich. Jeśli już będę, to tylko dlatego, że powiem coś, co chciałem powiedzieć. Gdy się gdzieś pojawię i nawet zrobię coś głupiego, to przyjmę to na chillu. W momencie, gdy ktoś będzie pisał o mnie nieprawdę, złożę pozew. Teraz nie mają o czym pisać. Wszystko kręci się wokół mojej muzy i nie zmieniam tego. Co będę pokazywał, to będę pokazywał. Być może zmieni się forma, bo zainwestujemy w kogoś, kto będzie gromadził jakieś materiały, może kręcił jakieś vlogi, making of, backstage.

Może film jak Ewa Farna?

Dokładnie. Wolę robić content stricte muzyczny i opierający się na rzeczach zawodowych, a nie prywatnych, typu co jadłem na śniadanie. Tak też „wychowuję” sobie słuchaczy. Wielu z nich nawet nie wie, jak ja wyglądam. Słuchają numerów, ale nie interesuje ich nic więcej. Tylko to, jaką robię muzykę. I odwrotnie. Ja też się tym nie interesuję. Dostaję czasami prośby o to, żebym zdefiniował swojego słuchacza. Co mnie to interesuje? Wiem, że może mnie słuchać, mówiąc skrajnie, menel spod sklepu, który gdzieś tam zbłądził, ale lubi mój numer, usłyszał go gdzieś w radiu, tupie nogą, a może nawet zna słowa, jest moim odbiorcą i spoko. Jego życie jego życiem. Sam niedawno byłem na koncercie polskiej wokalistki i była tam grupka ludzi, jakby to ktoś określił, z lekkiej patolki, ale widać było, że wszystkie numery znają na pamięć. Nie wiem, jaką mają historię. Może życie tak im się ułożyło, że są w takim miejscu? Nie segreguję swoich odbiorców na zasadzie, że chciałbym, żeby mieli tyle lat, co ja, skończyli studia, albo żeby słuchali tylko takiej muzyki. Nie da się tak zrobić. Komuś wjedzie jeden mój numer i już jest moim odbiorcą. W moim przypadku wygląda to tak, że słucha mnie małe dziecko, które dostało tablet od rodzica, czego nie pochwalam, pokazuje palcem i mówi „Michał, Michał”. Przychodzi z nim mama, która mówi, że przyjechała tylko dla dziecka, ale zostaje fanką. I w tym momencie jest dziecko, mama, a czasami nawet babcia, która też mnie kojarzy, bo lecę w jej ulubionym radiu. Słuchacz to słuchacz. Nie mam oczekiwań względem swoich odbiorców. Niech żyją swoim życiem i po prostu słuchają mojej muzy. I chcę tego samego. Wiadomo, że czasem się nie da i będą mi wchodzić z butami do życia prywatnego, ale ja nawet znajomości dobieram tak, że mam wąskie grono zaufanych ludzi, by nikt nie naruszał mojej prywatności. Sam mówię o wielu rzeczach. Nie gryzę się w język, mówię o rzeczach prywatnych osobom, które znam krótko. Nie wstydzę się. Nawet, gdy coś wyjdzie do mediów, to mam świadomość, że jak coś odwaliłem, to odwaliłem, ale to jest moje i ja to zrobiłem. Wiadomo, że gdy jest się osobą publiczną, to trzeba się pilnować. Mam świadomość, że słuchają mnie małe dzieci, słuchają mnie starsi. Mój rówieśnik, gdy zrobię jakąś głupotę, będzie się śmiał. Starsza pani będzie oburzona, a ktoś jeszcze inny powie, że odwaliłem, ale…

Niech pierwszy rzuci kamieniem, kto nie?

Dokładnie! Nie ma mnie dużo w mediach. Moje poglądy są też oskubane, ale będzie tego więcej, bo tak jak mówię, nie gryzę się w język. Przede wszystkim chcę jednak, żeby wszystko kręciło się wokół muzyki, a nie tego, co robię na co dzień. Pokazuję takie rzeczy, którymi chcę się chwalić. Często pokazuję, że gram w piłkę, bo wiem, że oglądają mnie młodzi, którzy są we mnie wpatrzeni jak w obrazek, co jest niebezpieczne, bo to duża odpowiedzialność. W związku z tym pokazuję takie rzeczy, które są uniwersalnie dobre, tak jak sport, pasja, zaangażowanie. Pokazuję im też, że cenię sobie prywatność. Rozmawiam z ludźmi, odpalam się na live’ach. Wolę opowiedzieć o czymś osobom, którzy mnie obserwują, słuchają mojej piosenki, niż zrobić to w jakimś wywiadzie. Gdy ktoś próbuje wyciągnąć ze mnie jakieś informacje, to mnie to odpycha. Jeżeli sam będę miał ochotę o czymś powiedzieć, to to zrobię. Gdy ktoś ma na celu tylko coś ze mnie wyciągnąć, to często odchodzę od tematu i idę w swoją stronę. Nie daję opcji brnięcia w to dalej.

Mam wrażenie, że ludzie w ogóle mają przesyt gwiazdami, które nadmiernie dzielą się swoją prywatnością. Mamy ciebie, sanah, Dawida Podsiadło. Wszyscy odnosicie sukcesy, macie hity w radiu, ale wiadomo o was niewiele.

I to jest nasza zaleta, bo ludzie są ciekawi, co u nas. To, że nie ma cię tyle w mediach, wzbudza ich ciekawość. Ludzie po prostu czekają na utwory. Spotkają cię na ulicy i czują podjarkę. Sam mam tak, że gdy spotkam kogoś, kto był/jest moim idolem, to się spinam, że aż mi się ręce trzęsą. Mam jednak w głowie coś takiego: „Stary, spotykasz osobę, która jest dla ciebie mentorem, w środku emocje cię rozszarpują, ale ty musisz być dla niego ziomem. Nie możesz dać po sobie poznać, że sikasz na jego widok, bo od razu pojawi się spina i twoja relacja z tą osobą będzie zachwiana”. Wolę, żeby ludzie podchodzili do mnie jako do Michała Szczygła, do artysty, czuli pewien dystans, zachowawczość. To średnie uczucie, gdy ktoś od razu się na ciebie rzuca. Każda skrajność jest zła. Miałem taką sytuację, że podszedł do mnie ojciec z dzieckiem. Jadłem, a on zapytał o fotę. Odmówiłem, zdążyłem o nich zapomnieć. Pół godziny siedziałem przy stoliku, wstałem i po 3 minutach podszedł ten sam gość i zapytał, czy może teraz prosić o zdjęcie, na co ja, że pewnie. Było mi mega miło, że zaczekali. Podeszli jak do człowieka. Są też oczywiście ludzie, którzy na początku udają miłych, a gdy odmówisz, od razu słyszysz: „Och, ale gwiazdeczka”. Nauczyłem się z tym radzić. Na koncertach często przychodzą mamy z dziećmi i chcą autograf bez kolejki. Nie zgadzam się. Są też ludzie, którzy są na koncercie, bujają się, ich koleżanki przychodzą po zdjęcie, a gość jeden z drugim specjalnie mówią na głos, że oni to by nawet nie chcieli zdjęcia ze mną. Robią to tylko po to, żeby mi umniejszyć. Kiedyś przerwałem rozdawanie autografów i zapytałem: „Chłopie, no i po co się tak zachowujesz?”. Wszyscy oczy na mnie, potem na niego. Coś takiego zapamięta na długo. Czasami czuję taką potrzebę wychowawczą. Nawet wspominając ten koncert, na którym byłem, to nie było dla mnie lepszego widoku niż ojciec, który przyszedł z córeczką i cały koncert miał ją na baranach. Nawet nie wiem, czy znał te numery, ale młoda była zachwycona. Koncert robisz dla ludzi. Często widzisz kontrasty, dlatego nie możesz określić swojego odbiorcy.

Na końcu chciałbym właśnie porozmawiać o tych koncertach. Masz zaplanowaną jakąś trasę czy póki co ostrożnie?

Stricte trasy pod „Tak jak chcę” nie ma. Być może coś się pojawi. Zobaczymy, jak rozwinie się sprzedaż płyty, zainteresowanie w sieci, itd. Na pewno będzie kilkanaście koncertów w tym roku. Naszą branżę odmrozili stosunkowo niedawno, więc telefony zaczynają dopiero spływać. Myślę, że w związku z tym koncertów będzie coraz więcej. Byłoby fajnie, tym bardziej, że lato zaczęło się późno, a ja po dziadkach mam czucie pogody i myślę, że będzie trwało długo. Myślę, że będzie nam dane pograć do września, może do października. Mamy super aranże zrobione przez Arka Grygo – dyrektora artystycznego moich koncertów i to jest gwóźdź programu. Są oparte na ostrym graniu, niektóre numery z płyty nie przypominają nawet wersji studyjnych. Zagraliśmy kilka numerów przedpremierowo w Inowrocławiu i gdy kończyliśmy, mieliśmy wrażenie, że ludzie je znają. To się mega, mega, mega dobrze zapowiada. Mam nadzieję, że zjeździmy trochę, bo mam kozacki materiał, który stale doszlifowujemy. Jaram się koncertami i tym, w jaki sposób gramy nawet bardziej niż samą premierą płyty, bo podczas koncertów jest więcej czystych muzycznie radości. Koncerty będą jedną z najlepszych form promocji tego albumu i tego się trzymam. Mam nadzieję, że będzie mi dane zagrać większe rzeczy. Na pewno w przyszłym roku. Uważam, że ta płyta nie przejdzie bez echa i pozostaje mi tylko czekać na propozycje. Każdy jeden koncert będzie powodował, że kolejny będzie w drodze. O ile zawsze jestem skromny, to tam, gdzie wiem, że jest potężna moc i bardzo wysoki poziom, będę mówił o tym głośno, bo tak trzeba. Wspólnie z chłopakami ciśniemy, żeby mieć jeden z najlepszych bandów w Polsce i najlepsze koncerty. O wszystkim będę informował w social mediach, więc zapraszam.

I tego ci życzę!

Rozmawiał: Maksymilian Kluziewicz

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here