Odetnijmy na chwilę wszystko to, co się dzieje wokół osoby MaRiny Łuczenko-Szczęsnej poza muzycznym odcieniem jej kariery. Odrzućmy negatywne emocje konsekwentnie podawane niemalże w dziennych dawkach przez serwisy plotkarskie, zostawmy gdzieś na boku uczciwie zapracowany lub złośliwie przypięty koszmarny wizerunek. Bądźmy po prostu uczciwi i rozliczmy w końcu 28-latkę tylko i wyłącznie z najświeższej pozycji w jej muzycznej dyskografii. 


Kariera muzyczna 28-letniej MaRiny to dość łatwy oraz niewymagający temat do wszelkich mniejszych lub większych hejtów. Dziewczyna swój debiutancki album wydała dobre sześć lat temu, na domiar złego ciężko uznać, aby w tym czasie zawojowała rodzimy rynek muzyczny. Problemy z głosem, kłopoty z wytwórnią, walka ze wścibskimi portalami eksplorującymi celebrycką odsłonę piosenkarki – droga do właśnie wydanego drugiego studyjnego krążka z pewnością nie była łatwa. ‚On My Way’ nie jest wydawnictwem, które spotka się z ciepłym przyjęciem szeroko pojmowanej publiki. Część niej, jak chociażby p. Karolina Korwin-Piotrowska, wyleje wiadro nie-muzycznych pomyj na ten krążek jeszcze przed wciśnięciem przycisku play.

Ci, którzy jednak zdecydują się odciąć aktualnie lansowane klikalne antagonizmy między MaRiną a tabloidami, serwisami plotkarskimi i zgorzkniałymi specjalist(k)ami od tych pierwszych i tych drugich, będą raczej pozytywnie zaskoczeni z tego, co usłyszą. 28-letnia wokalistka całkiem sprawnie odnajduje się w nowoczesnej produkcji electro-popu, która swoją drogą nie odstaje od tego, czego można się spodziewać w 2017 roku od zagranicznych artystów. No właśnie, produkcja. Pod tym względem Łuczenko – Szczęsnej ciężko zarzucić tak właściwie cokolwiek. W ciągu trzydziestu-kilku minut doskonale słychać, że przy każdej z dziesięciu kompozycji, jakie znalazły się na drugim studyjnym albumie MaRiny, starannie odrobiono pracę domową.

marina

Wabiące brzmienie otwierającego płytę ‚Lay My Body Down’ to z pewnością dość solidny start dla całego krążka. Nagranie, które wyszło spod ręki zwycięzcy brytyjskiej edycji programu The X Factor – Jamesa Arthura – to wyjątkowo udany moment na ‚On My Way’. Połączenie sensualnego wokalu wokalistki z intrygująco podaną nowoczesnym beatem sprawdza się w tym przypadków doskonale. To również jeden z najszybciej wpadających w ucho utworów na ‚On My Way’, co należy poczytywać raczej jako wyjątek w przypadku drugiego studyjnego longplay’a MaRiny. Wszakże materiał zaproponowany przez wzbudzającą mieszane uczucia 28-latkę do najbardziej generycznych i łatwo-przyswajalnych z całą pewnością nie należy. Nie ma tu radiowych refrenów, dobrze-ogranych chwytów i przebojowych hooków. Finalnie wychodzi to jednak MaRinie na dobre. Dla przykładu stworzone przez Bartka Królika i Marka Piotrowskiego ‚Takin’ Ya Rock Out’ to tegoroczna czołówka, jeśli chodzi o wyroby polskich wokalistek romansujących z językiem Szekspira. Gdy część koleżanek po fachu robi nieudolną kalkę tego, co na szwedzkich parkietach królowało trzy lata temu, MaRina dokonuje udanej próby zaserwowania czegoś oryginalnego. Mniej chwytliwego, mniej oczywistego, mniej fast-foodowego. 

Wydane na promo-singlu ‚Hiding In The Water’ leniwie hipnotyzuje swoim brzmieniem, tytułowe ‚On My Way’ napędza energię płyty ożywionymi instrumentami i lekką nutką dźwiękowej powściągliwej agresji. Dobrze wypada także ‚Sin’, któremu chyba najbliżej do debiutanckiego materiału MaRiny oraz M.I.A.’ przy którym Łuczenko-Szczęsna współpracowała z Brytyjczykiem Arrowem Benjaminem, znanym chociażby z gościnnego występu u boku samej Beyonce w utworze Naughty Boy’a ‚Runnin’. Gorzej wypadają utwory umieszczone po pierwszej połowie płyty: bezbarwne ‚Flesh and Bone’, nie do końca satysfakcjonujące ‚How Dare You’ oraz szalenie leniwe ‚I Do’, w przypadku którego tekst napisał Wojciech Szczęsny. Kompozycje te niestety nikną gdzieś w tle już po początkowych kilkudziesięciu sekundach, na domiar złego posiadają jedne z gorszych tekstów na całym longplay’u. Odsłona liryczna ‚On My Way’ to zresztą prawdopodobnie największa bolączka tej płyty i najbardziej gorzka pigułka do przełknięcia dla słuchacza.

Bądźmy w końcu uczciwi i rozliczmy MaRinę z nagrywanej przez nią muzyki. Bogiem a prawdą ‚On My Way’ to po prostu zadowalający album. Porządnie wyprodukowany, muzycznie spójny i przede wszystkim autentyczny. Wadą jest rozczarowująca warstwa liryczna, momentami zahaczająca o lekką wtórność i brak większej pomysłowości.  Niemniej jednak mankamenty drugiego krążka 28-letniej Łuczenko-Szczęsnej w żadnym przypadku nie uprawniają do klasyfikowania jej jako ’emerytowanej piosenkarki’. Oczywiście, wydany-właśnie materiał nie wyrzuci portalom plotkarskim z rąk powtarzanego jak mantra argumentu głoszącego, że na koncie Łuczenko-Szczęsnej brak jest jakiegokolwiek przeboju. To prawda. Nie ma przeboju, a ‚On My Way’ tego nie zmieni. Ale po co mierzyć jakość kariery wyłącznie miarką przebojowości? Są wokalistki, które szybko nagrywają dobrze-skrojony przebój tylko po to, by po odtworzeniu całego longplay’a przeżyć gorzkie rozczarowanie. Okazuje się bowiem, iż całościowo materiał to wielkie g obwiązane błyszczącą kokardką. U MaRiny jest dokładnie odwrotnie: nie ma żadnego wabika, nie ma rażących inspiracji europejskim popem, jest za to album na przyzwoitym poziomie.

6/10

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here