Muzyczny debiut 31-letniej Sary Boruc-Mannei od dawna wywoływał spore emocje stanowiąc równocześnie niewymagający temat do setek publikacji. Bądźmy szczerzy – Sara od początku swojej medialnej rozpoznawalności, poniekąd sama zapracowała na przypiętą jej łatkę. Przez lata w świadomości przeciętnego Polaka klasyfikowana była jako celebrytka, piękna WAGs, żona znanego męża, czy też kolejna blogerka modowa, aniżeli piosenkarka. Czy Mannei za sprawą swojego fonograficznego debiutu „LoVe On Your Own” uda się udowodnić hejterom, że na muzycznej scenie musi się znaleźć także miejsce dla niej? 

Debiut fonograficzny Mannei nie jest albumem złym. Choć płyta nie jest krążkiem, który spotka się z ciepłym przyjęciem szeroko pojmowanej publiki, to fani kobiecego i wciągającego r&b flirtującego z muzyką elektroniczną będą z pewnością ukontentowani tym, co usłyszą. Polska wokalistka całkiem sprawnie odnajduje się w nowoczesnej produkcji, która swoją drogą nie odstaje od tego, czego można się spodziewać w 2018 roku od europejskich artystów. Pod względem produkcyjnym krążek stoi na wysokiej półce. Mannei dokonuje próby zaserwowania czegoś oryginalnego, odrobinę mniej komercyjnego i nie tak strasznie oklepanego, co raz wychodzi lepiej, innym razem odrobinę gorzej.

Brzmienie otwierającego płytę tytułowego kawałka „LoVe On Your Own” to dość solidny start. Połączenie sensualnego wokalu w zwrotkach z zaserwowanym później energicznym pulsującym beatem sprawdza się w tym przypadku świetnie. To także jeden z najszybciej zapadających w pamięci utworów na wydawnictwie. Świeżym powiewem na krążku jest niewątpliwie jedna z nielicznych kompozycji w języku ojczystym, czyli „Czuć Za Mocno”. Stanowi ona ukłon w stronę mainstreamu za sprawą zapętlającego refrenu, zaś uwagę w szczególności skupia nieszablonowe przejście z mówionym fragmentem. Dotychczasowe single – „Łapię Tlen” oraz „Juice” – nie są kalką aktualnie panujących trendów na polskim rynku muzycznym. Pierwszy z nich wyróżnia się nienaganną produkcją i nutą dźwiękowej agresji. 31-latka sprawnie dominuje nad minimalistycznym beatem sprawnie konstruując zadziorne r&b. „Juice” jest natomiast prawdziwym ukłonem w stronę wpadającej w ucho elektroniki. Wciągający beat w zwrotkach w połączeniu z hipnotyzującym, energetycznym refrenem oraz szorstką i lekko przybrudzoną produkcją sprawia, że nie sposób usiedzieć w miejscu.

Materiał posiada oczywiście także swoje dużo gorsze momenty. Skrojone na bazie wyłącznie minimalistycznych dźwięków r&b „Temptation” w swoim zamyśle miało zapewne hipnotyzować odbiorcę, a w rzeczywistości niemiłosiernie nuży. Również bezbarwne „Savage” oraz nie do końca satysfakcjonujące „Nie Wie Nikt” nie dotrzymują poziomu innych piosenek z „LoVe on Your Own”. Przy pierwszym utworze dostrzegalny jest brak w zakresie pomysłu na jego poprowadzenie, a replikowanie tych samych nieskomplikowanych słów i beatów odstrasza od ponownego wciśnięcia przycisku replay. Drugi za to gubi się gdzieś w tłumie pośród setek znacznie ciekawszych kawałków. Na ich tle lepiej wypadają „Numb” i „LoveCage” jednak ich rola sprowadza się jedynie do miana poprawnych tzw. utworów albumowych. Największym zaskoczeniem albumu jest szeroko komentowany przez media kawałek „Pink Skies” nagrany w duecie z mężem Arturem Borucem, który jak się okazuje potrafi całkiem nieźle śpiewać. W efekcie powstał całkiem przyjemny utwór utrzymany w klimatach romantycznej i delikatnej pościelówy. Duet wpada w ucho już po pierwszym odsłuchu, zaś między małżonkami wyczuwalna jest mocna chemia i autentyczne emocje, co sprawia, że numer należy do ścisłej czołówki na płycie.

Na wydawnictwie nie zabrakło też pościelowego, leniwego i sensualnego r&b w postaci ballad „Make BelieVe”, „Make Her Stay” czy „One”. Kojąca melodia współgrająca z ciepłym wokalem Mannei, a nieprawdopodobna autentyczność warstwy tekstowej z pewnością przemówi do niejednej osoby i sprawi, że jeszcze nieraz będzie się chciało do nich wracać. Bez wątpienia najjaśniejszym punktem oraz doskonałą puentą całego krążka jest kompozycja „One”, jako doskonały przykład tego, że mniej nie znaczy gorzej. Po wyciszeniu wszelkich produkcyjnych fajerwerków zauważalnych przy innych piosenkach pozostaje dość skąpa w swej odsłonie emocjonalna ballada, oparta na dźwiękach pianina i skrzypiec, w której Sara brzmi naprawdę dobrze. Warstwa liryczna albumu stanowi natomiast prawdziwą sinusoide: momentami mocno boli, aby chwilę później wbić się na przyzwoity poziom (jak w przypadku chociażby kawałka „One”). To właśnie teksty można uznać ją za największy minus debiutanckiego materiału Mannei. W większości przypadków jest – niestety – przeraźliwie prosto i do bólu banalnie. Mizerne teksty to jednak nie tylko problem Sary Boruc, ale i przeważającej większości artystów polskiego mainstreamu.

„LoVe On Your Own” to, jak na polskie standardy, udany debiut, który nie razi natłokiem prostych i szybkich rozwiązań, zaskakuje zaś szczerością materiału. Na płycie nie znajdziemy radiowych kawałków stworzonych na playlisty RMF-u czy też Eski, co z pewnością nie przeszkodzi w żadnym stopniu 31-latce dotrzeć do potencjalnego grona nowych odbiorców. Nowoczesna jak na rodzime warunki sensualna, elektroniczna produkcja okraszona leniwym r&b jest na zaskakująco wysokim poziomie, lirycznie – pomimo wsparcia ze strony zdawałoby się doświadczonych songwriterów – jest jeszcze sporo pracy do zrobienia. Całościowo materiał od swojej pierwszej sekundy aż do samego końca prezentuje w miarę spójną koncepcje, czego Sarze można z pewnością pogratulować.

5.5/10

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here