Kolumbijski piosenkarz Maluma to dziś bez wątpienia jeden z najpopularniejszych wykonawców tworzących muzykę z gatunku reggaeton. Właśnie swoją premierę miał kolejny, szósty już album wokalisty, na którym oddał on hołd ojcom tej muzyki, udowodniając po raz kolejny swoją artystyczną wszechstronność.

Wystarczyło zaledwie kilka lat, by Maluma stał się najpopularniejszym latynoskim piosenkarzem na całym świecie. O sukcesie 27-letniego Kolumbijczyka świadczą nie tylko wyprzedane koncerty i miliardy odsłon na YouTubie, ale również fakt, że na współpracę z nim decydują się największe gwiazdy muzyki rozrywkowej. Madonna, z którą Maluma nagrał w sumie trzy kawałki, wielokrotnie podkreślała, że to, co ją najbardziej urzekło w Kolumbijczyku, to to, że podobnie do niej jest on tytanem pracy. Krążek „7 Dias En Jamaica” jest na to dowodem.

Pewnie fanki i fani Malumy będą chcieli mnie za to spalić na stosie, ale ilekroć słuchałem jego poprzednich płyt w całości, mimo wielkiej sympatii, odnosiłem wrażenie, że są one oczywiście dobrze wyprodukowane, ale nieco za długie, przez co momentami nawet męczące. Jasne, nie zabrakło na nich muzycznych perełek, które stale goszczą na mojej playliście, ale wewnętrznie potrzebowałem takiego wyważenia, jakie znalazłem właśnie na „7 Dias En Jamaica”.

„7 Dias En Jamaica” to dla mnie kwintesencja stylu Malumy, który pokazuje, że w świecie reggaetonu wciąż nie ma sobie równych, jednak tym razem skłania się w stronę czystego reggae. Nowa płyta 27-latka to wyraz jego muzycznej fascynacji Jamajką i zgrabny ukłon w stronę ojców gatunku muzycznego, który przyniósł mu popularność.

Materiał zawarty na krążku tworzy historię. Zawarte na nim utwory komponują się ze sobą, tak jak miało to miejsce między innymi w przypadku wspomnianej już Madonny i jej „Confessions On a Dance Floor”. Przy okazji premiery szóstego krążka Maluma poszedł jednak o krok dalej i stworzył pierwszy w karierze wizualny album. Dzięki temu fani mogą nie tylko posłuchać, ale zobaczyć, co chciał opowiedzieć.

Muzycznie mamy tu do czynienia z tym, co od razu powinno kojarzyć się z muzyką reggae i Jamajką. Gitary elektryczne, fortepian oraz wyrazista, pulsująca linia basu – to wszystko pokazuje, że Maluma odrobił pracę domową i naprawdę stworzył solidny album, który jest hołdem dla jego przodków.

W osiągnięciu tego celu artyście pomogli też wyjątkowi goście, którzy jeszcze bardziej nadali jamajskiego klimatu. W numerze „Tonika” zaśpiewał Ziggy Marley – najstarszy syn legendarnego króla reggae Boba Marleya, natomiast w piosence „Love” gościnnie pojawił się Charly Black – pochodzący z Jamajki wokalista reggae i dancehall.

Jeśli jeszcze nie słyszeliście albumu, to nadrabiajcie zaległości. To niespełna pół godziny dobrze wyprodukowanych, niosących pozytywne przesłanie utworów, w których Maluma prezentuje swój charakterystyczny seksowny i lekko zamglony wokal. Materiał zawarty na „7 Dias En Jamaica” to też, a może przede wszystkim dobra zabawa, która sprawi, że myślami przeniesiecie się w słoneczne rejony Jamajki i choć na moment zapomnicie o wszechobecnym lockdownie. Spróbujcie nie zatańczyć przy „La Burbuja”.

P.S. Ocena za album to 8.5, natomiast przyznaję Malumie dodatkowe 0.5 punktu za tak przemyślaną koncepcję i teledyski.

9/10

 

 

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here