W melancholijnym świecie emocjonalnych i eterycznych alternatywnych brzmień Lana Del Rey niezaprzeczalny status ikony wypracowała sobie zaledwie na przestrzeni ostatniej dekady. Pod wieloma względami „Norman Fucking Rockwell!” to swego rodzaju kontynuacja muzycznej drogi, którą artystka obrała przed laty. Tym razem Lana zdecydowała się wyrazić swoje najgłębsze emocje za pomocą mieszanki minimalistycznych fortepianowych aranżów wzbogaconych dźwiękami gitar elektrycznych i skrzypiec, bazując na wyjątkowości swojego głosu i fantastycznych melancholijnych tekstach zbudowanych na bazie własnych doświadczeń. Już sama okładka najnowszego dziecka artystki niejako symbolicznie nawiązuje do przekazu materiału, który ma na celu kultywowanie poczucia wspólnoty.  Po raz pierwszy w swojej dyskografii nie jest na niej sama, bowiem jest przedstawiona na dryfującej po morzu łodzi, w objęciach swojego przyjaciela Duke Nicholson’a, natomiast drugą rękę symbolicznie wyciąga do słuchacza by wciągnąć go na swój pokład i  zabrać w tajemniczą oraz fascynującą podróż. Czy i tym razem uda się wokalistce porwać w rejs milionowe rzesze fanów i bezpiecznie dopłynąć do brzegu, a może powtórzy los legendarnego Titanica?

„Norman Fucking Rockwell!” to bez wątpienia najbardziej nastrojowy i introspektywny materiał w karierze Lany Del Rey. Wydawnictwo pokazuje inną Lanę niż tą znaną z ostatniej ery „Lust for Life”– spokojniejszą i bardziej wyciszoną, ale też szczęśliwszą i bardziej dojrzałą. I szczerą jak nigdy. Przysłowiowe pierwsze skrzypce na „NFR” grają właśnie wokale i teksty Amerykanki. Momentami mocno dramatyczne, w innych miejscach poruszające, przeważnie ociekające tęsknotą i smutkiem. Na dalszy plan schodzi minimalistyczna, lecz wciąż genialna warstwa produkcyjna doświadczonego Jacka Antonoffa podsycana przez żywe instrumenty, które pomimo swojego niezaprzeczalnego uroku stanowią tylko tło wobec historii opowiadanej hipnotyzującym głosem niezwykłej artystki.

Nie ma tutaj tzw. wielkich popowych bangerów, tylko melancholijne piosenki, które doskonale się sprawdzą podczas długich spacerów po plaży i chłodnych jesiennych wieczorów. Jednym słowem idealne remedium na bezbolesne pożegnanie z kończącym się nieubłaganie latem.

Na rozpoczęcie muzycznego rejsu zwanego „NFR!” wybrano  kompozycję „Mariners Apartment Complex” oraz „Venice Bitch”, które stosunkowo dobrze spełniły funkcję furtki uchylającej rąbek tajemnicy premierowego wydawnictwa Del Rey. Prawie 10-minutowy kawałek „Venice Bitch” to bez wątpienia najbardziej psychodeliczna melodia w katalogu  artystki, której delikatny wokal unosi się niczym motyl w lekkiej mgiełce rozmytych gitar elektrycznych i dźwięków pianina, delikatnie kołysząc w takt dźwięków muśniętych ciepłą nostalgią. W podobnym fortepianowym tonie utrzymane są także  „Mariners Apartement Complex” i otwierająca wydawnictwo tytułowa kompozycja „Norman Fucking Rockwell”. Wprowadzają one niezwykły, mroczny, lekko psychorockowy klimat stworzony za sprawą dźwięków strun, które idealnie współgrają z fortepianem co sprawia, że Lana może w pełni zaprezentować swoją niezwykłą muzyczną wrażliwość.

Wydane wraz z podwójnym teledyskiem „fuck it, i love you” to kolejna kompozycja  artystki przywołująca na myśl marzenie senne. („California dreamin’, got my money on my mind/I moved to California, but it’s just a state of mind”). Artystka porywa słuchacza w świat zachodniego wybrzeża – pełen surferów, nieustającego żaru słońca oraz beztroski. („Dream a little dream of me/Turn this into something sweet/Turn the radio on, dancing to a pop song/Fuck it, I love you/”). Wokalistka po raz kolejny wykazuje pragnienie odwzajemnionego uczucia, któremu mogłaby oddać się bez pamięci, nie zważając na konsekwencje. Produkcja bogata w brzmienie gitary zarówno akustycznej jak i elektrycznej, bębnów oraz pianina okazała się receptą na niebanalny i warty odsłuchu numer w dyskografii Del Rey.

Po raz trzeci artystka na swoim wydawnictwie umieszcza cover – tym razem postawiła na letnie „Doin’ Time”, amerykańskiego zespołu Sublime, które klimatem idealnie wpasowuje się w tematykę krążka Del Rey. („Summertime, and the livin’s easy/Bradley’s on the microphone with Ras MG”). Kompozycja uwodzi wakacyjną lekkością, przywołując na myśl skąpaną w słońcu Kalifornię, plażę oraz wzburzony ocean. Przyjemna interpretacja „Doin’ Time” sprawia, że piosenka jest łatwa w odbiorze oraz stanowi jeden z mniej refleksyjnych momentów na albumie. Zupełnie nic w tym złego – w następstwie po „fuck it, i love you” utwór został umiejscowiony perfekcyjnie.

Absolutna perła to przeszywające na wskroś „The Greatest” dosłownie i w przenośni jest nie tylko jednym z najlepszych tegorocznych singli czy momentów na krążku, ale także jedną z najlepszych pozycji w całej dyskografii Del Rey. Ta eteryczna, owiana nutą dramaturgii surowa ballada zbudowana na minimalistycznej i nowoczesnej produkcji, z wyraźnie zaznaczonym monumentalnym refrenem przenika zmysły i serce za sprawą bagażu emocjonalnego niesionego przez tekst. To także wyraz tkwiącej w środku tęsknoty za minionymi latami, a jednocześnie jeden z najszybciej zapadających w pamięci utworów na „NFR”. 

Do ścisłej czołówki krążka należy zaliczyć także takie kompozycje jak „Cinnamon Girl”, „California” czy „The Next Best American Record”, które przywołują na myśl i uwodzą równie mocno jak doskonałe momenty z „Born to Die”. Antemiczne i nostalgiczne „Cinnamon Girl” już przed premierą zostało okrzyknięte przez fanów wokalistki nowym przebojowym hymnem. Kawałek jest wypełniony emocjami po brzegi: już od pierwszych sekund ballady Lana zabiera odbiorcę w podróż po krętych zakamarkach swojego wnętrza, zapoznając słuchacza z każdym odcieniem tkwiących w niej uczuć.

W romantycznej, bujającej za sprawą orkiestrowej produkcji lecz ponurej „California” śpiewa z wyczuwalną tęsknotą o swoim poprzednim związku, przywołując na myśl skrywane młodzieńcze uczucia. To także deklaracja przebaczenia, w której Amerykanka nie tylko brzmi lepiej niż kiedykolwiek, ale  przede wszystkim zdaje się być tak blisko swojego odbiorcy jak nigdy wcześniej. („If you come back to California/You should just hit me up/We’ll do whatever you want, travel wherever, have fun/We’ll hit up all the old places/We’ll have a party, we’ll dance till dawn”). 

Wspomniane kompozycje należy zaliczyć do najbardziej mainstreamowych utworów na krążku i powinny zostać rozważone przy wyborze kolejnego singla, bowiem drzemie w nich spory potencjał i szansa aby powtórzyć sukces takich hitów gwiazdy jak „Born to Die” czy „Young and Beautiful”.

„The Next Best American Record” to natomiast beztroska opowieść o tlących się w sercu gorących uczuciach i romantycznych marzeniach, w której na pierwszy plan wysuwa się z sukcesem zbudowana niezwykle klimatyczna i przenikającą do głębi atmosfera niepokoju umiejętnie podsycana przez tłuczone w tle szkło i ryk syreny. („We were so obsessed with writing the next best American record/’Cause we were just that good/It was just that good/Whatever’s on tonight I just wanna party with you”).

Kolejnym ujmującym utworem jest bogate lirycznie i opowiadające historię „Bartender”, w którym artystka znów udowadnia, że do doskonałego brzmienia utworu nie potrzeba bogatej produkcji – zwykłe pianino oraz głos artystki to instrumenty w pełni wystarczające Del Rey. („Photo-free exits from baby’s bedside/’Cause they don’t yet know what car I drive/I’m just tryna keep my love alive”). Po raz kolejny wokalistka hołduje miłości, której zagrożeniem ma być blask fleszy oraz brak prywatności.

(„Do you want me or do you not?”) – zaczyna cicho Lana przedostatni utwór zapowiadający końcową fazę albumu. „Happiness is a buttefly” był pierwszym zwiastunem nowego materiału artystki, którego fragment usłyszeliśmy na Instagramie artystki w marcu ubiegłego roku. („I said „Don’t be a jerk, don’t call me a taxi”/Sitting in your sweatshirt, crying in the backseat, ooh”). W finalnej wersji piosenka nabiera na sile – mocny refren, uniesiony ton głosu artystki nadaje jej intensywności, która kontrastuje z początkową lekkością kompozycji. Po raz kolejny romantyczny, niespokojny duch wokalistki daje upust swojej nieokiełznanej żądzy miłości, w zamian dostając jedynie rozczarowanie. Całość komponuje się w wyjątkowy miłosny hymn, stanowiąc jedną z najciekawszych pozycji na albumie.

Najbardziej personalny na krążku i zamykający szóste wydawnictwo artystki utwór „hope is a dangerous thing for a woman like me to have, but I have it” jest najszczerszym wyrazem troski na nadchodzący czas. Mimo wszelkich wątpliwości z czym przyjdzie się jej zmierzyć w przyszłości, Del Rey pełna świadomości kroczy ku niej niepewnym, pełnym nadziei krokiem. Obawa towarzysząca artystce dotyczy nie tylko jej osoby, a przede wszystkim otaczającego ją świata – podejmuje ryzyko stawiając mu czoła, wciąż myśląc o lepszym scenariuszu.

Wśród mnogości blasków albumu, są też cienie – jednym z nich rzuconych na wydawnictwo artystki jest utwór „How To Disappear”, który swoją przekombinowaną produkcją zamiast przyciągać, trzyma odbiorcę na odległość. Mimo, że warstwa liryczna utworu jest interesująca oraz opowiada historię, której rozwinięcia jesteśmy ciekawi, bogactwo i mieszanina instrumentów przeplatających się z głosem artystki nie jest najlepszym doborem do tego utworu. Również romantyczna ballada „Love Song” wypada dość nijako na tle materiału i lekko rozczarowuje, sprowadzając się jedynie do poprawnego albumowego kawałka.

Kwestią wartą podkreślenia jest także fakt, iż wśród twórców „NFR!” znajdziemy sporo zaskakujących nazwisk jak Jack Antonoff (główny producent albumu) Andrew Watt czy Louis Bell, którzy z wielkimi sukcesami należą obecnie do najlepszych producentów w dziedzinie synth-popowych hitów na świecie i znani są ze współpracy z takimi gwiazdami jak Lorde, Post Malone, Taylor Swift czy Rita Ora. Każdy kto uznał początkowo ten pomysł za szaleństwo powinien uderzyć się w pierś. Pomimo odważnego eksperymentu, do którego swoje trzy grosze dorzucili także zaufani współpracownicy Amerykanki jak Rick Nowels i Zachary Dawes wszystko finalnie złożyło się na niezwykły klimat do którego przyzwyczaiła nas Lana, materiał brzmi dokładnie tak, jak brzmieć powinien.

Natomiast o wizualną warstwę albumu po raz kolejny zadbał Rich Lee, z którym artystka współpracowała już w poprzedniej erze. Przepełniony estetyką Lany podwójny teledysk do „Fuck it, i love you” oraz „The Greatest” kipi kalifornijskim klimatem, poczuciem wolności oraz ładnymi scenami z artystką w roli głównej. Nie posiada głębszej fabuły, jednak to nie umniejsza odbiorowi klipu, który sam jest po prostu przyjemny dla widza. Wydany przeddzień premiery albumu teledysk do „Doin’ Time” to zabawny, pełen fabuły materiał, który z pewnością trzeba oglądać z przymrużeniem oka. Lana w postaci gigantycznej kobiety przemierzająca ulice Los Angeles, to coś czego nawet sympatycy Del Rey nie przewidzieli. Wokalistka wciąż udowadnia, że potrafi zaskakiwać na wielu obszarach swojej kreatywnej działalności.

Klipy dla pierwszych wydanych utworów – „Mariners Apartment Complex” oraz „Venice Bitch”, wyreżyserowała siostra piosenkarki – Chuck Grant. Są one składanką różnych scen przedstawiających wokalistkę wraz z jej tancerkami – Ashley Rodriguez oraz Alexandrią Kaye. Teledyski nie zapadają szczególnie w pamięci, są do utworów jedynie małym dodatkiem.

(„I miss New York and I miss the music/Me and my friends‚ we miss rock and roll”) Lana Del Rey śpiewa w „The Greatest”, co w pewnym sensie stanowi doskonała puentę całego wydawnictwa. Osadzony na minimalistycznych i subtelnych dźwiękach fortepianu, gitar i skrzypiec „Norman Fucking Rockwell!” to najbardziej ryzykowny, a jednocześnie szczery i naturalny materiał Lany Del Rey, na którym powraca tematyka wrażliwości i niespełnionej miłości. W odróżnieniu od swojego poprzednika nie jest to album mocno polityczny, ale wydawnictwo osadzone w klimatach balansujących na granicy ulotnego romansu, a eterycznego amerykańskiego snu. Mimo wszystko Amerykanka jest niezwykle analityczna, rzuca okiem na Amerykę, znane popkulturowe postacie oraz jej osobiste relacje.

Artystka jest w miejscu w którym nie musi już nic nikomu udowadniać: wierzy w siebie, swój materiał i swoich fanów. Co więcej zawartość „NFR” to nic innego jak pewien manifest skierowany do otoczenia, który można podsumować w ten sposób: muzyka, którą tworzy Lana Del Rey, może być tworzona tylko przez niezwykłą muzyczną wizjonerkę jaką niewątpliwie jest ona sama. Puenta nasuwa się automatycznie: to właśnie Amerykanka dzierży klucz do przetrwania muzyki popularnej na iście królewskim poziomie.

9.5/10

                                   współautor: Klaudia

 

KONKURS!

I wy macie szansę stać się posiadaczami najnowszego krążka Lany Del Rey, bowiem mamy dla Was 1 egzemplarz albumu – „Norman Fucking Rockwell!” – do rozdania. Co należy zrobić? Zasady są bardzo proste!

  • polub fanpage LUVPOP na Facebooku (www.facebook.com/luvpoppl) oraz zaobserwuj nasz profil na Instagramie (@luvpop.pl),
  • udostępnij na swoim profilu post konkursowy,
  • zaproś w komentarzu pod postem konkursowym na Facebooku swoich znajomych – poprzez ich oznaczenie – do wzięcia udziału w konkursie,
  • na adres mailowy kamil@luvpop.pl wyślecie maila o tytule „konkurs – Lana Del Rey” wraz z odpowiedziami na znajdujące się poniżej 3 pytania, na które odpowiedzi znajdziecie tylko w naszej recenzji. Dodatkowo uwzględnicie w nim swoje imię i nazwisko oraz instagramowy nick, dzięki którym sprawdzimy czy spełniliście poprzednie wymagania,
  • wygra osoba, której komentarz zdobędzie największą ilość reakcji oraz kumulatywnie spełni wszystkie powyższe zasady (tj. polubienie nas w social mediach, udostepnienie postu na fb, zaproszenie znajomych w komentarzu do wzięcia udziału w konkursie oraz prawidłowo odpowie na wszystkie przygotowane przez nas pytania konkursowe).

Pytania konkursowe:

  1. Który z utworów na krążku przypomina nam marzenie senne?
  2. Jakie trzy piosenki należą według nas do czołówki albumu?
  3. Jaką balladę określiliśmy mianem jednej z najlepszych na całej dyskografii artystki?

Konkurs trwa do 20 września 2019 roku godziny 19:00. O wynikach poinformujemy najpóźniej 21 września. Powodzenia!

Szósty studyjny album Lany Del Rey już dostępny. Posłuchaj „Norman Fucking Rockwell” już teraz [streaming-party]

TO JUŻ OFICJALNE! „NFR!” Lany Del Rey debiutuje na szczycie zestawienia UK Charts i wyrównuje rekord Taylor Swift!

 

Lana Del Rey wydaje nowy album i… ogłasza pierwsze detale KOLEJNEGO. „Jestem podekscytowana, nie chcę robić sobie przerwy!”

Lana Del Rey ‚Lust for Life’: niepokój, samoświadomość, zmiana, oh Lana [recenzja]

Lana Del Rey prezentuje podwójny teledysk! Zobacz klip do utworów „Fuck It, I Love You” oraz „The Greatest”

Lana Del Rey prezentuje nowy teledysk. Sprawdź klip do wakacyjnego hymnu „Doin’ Time”.

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here