Błądzenie po rodzimych dźwiękowych ścieżkach Memphis w stanie Tennessee nie wyszło raczej 37-letniemu Justinowi Timberlake’owi na dobre. ‚Man of the Woods’ to płyta kilku przyzwoitych, apetycznych i ponętnych momentów. Momenty te zostają jednak brutalnie przygniecione przez przewidywalną oraz – w dużym stopniu – po prostu nudną produkcję The Neptunes i Danji. A miało być tak pięknie…


Umówmy się, zmiana wydeptanej wcześniej muzycznej ścieżki w przypadku Timberlake’a zdaje się być całkowicie uzasadniona. W przerwie między aktualną erą a dwupłytowym wydawnictwem ‚The 20/20 Experience’ 37-latek wszakże stał się ojcem, co zapewne w pewnym stopniu wpłynęło na zwrócenie się ku bardziej klasycznym wibracjom starej, dobrej amerykańskiej muzyki. Nowoczesne ujęcie americany w wersji autora odważnych niegdyś dźwięków serwowanych pod hasłem  ‚FutureSex/LoveSounds’ nie porywa.

„Nie porywa” to dobre określenie. Problemem materiału zawartego na ‚Man of the Woods’ nie jest to, że są to piosenki wybitnie złe, problemem jest to, że – poza wyjątkami, które da się policzyć na palcach u jednej dłoni – są na każdej swej płaszczyźnie nijakie. Początek płyty to chybione próby romansu Justina z nowoczesną odsłoną funku, pełno tu nawiązań do genialnej twórczości Jamesa Browna. W ‚Midnight Summer Jam’ i ‚Sauce’ Timberlake wypada dużo gorzej niż chociażby jego kolega po fachu – Bruno Mars, który znacznie sprawniej i w mniej wymuszony sposób przechodzi przez podobny repertuar. I o ile w tych przypadkach nie można zarzucić jeszcze 37-latkowi, że zabrakło mu dawki weny twórczej przy pracach nad albumem, to w dalszej części płyty jest już dużo gorzej.

Świetnym przykładem jest totalnie zbędny duet z doskonałą Alicią Keys, na który zabrakło jakiegokolwiek pomysłu. „Morning Light” miało być przyjemnie bujającym kawałkiem, w rzeczywistości jest jedynie rozleniwionym tworem o kształcie muzycznej nijakości, wprawiający w stan usypienia. Justin próbuje zanudzających na śmierć kołysanek („Flannel”), sprawia, że zabawa z delikatnymi pogłosami reggae staje się mocno-irytująca („Man of the Woods”), a także serwuje kilka piosenek, które niemiłosiernie się dłużą, co przy ich zerowej zdolności odróżniającej może doprowadzić do kolejnej 10-minutowej drzemki w trakcie ‚Man of the Woods’ („Livin’ Off The Land”, „Breeze Off the Pond”, „The Hard Stuff”, „Young Man”). W dwóch słowach – festiwal nudy. 

Również lirycznie nie widać kroku do przodu, którego zasadnie można byłoby się spodziewać. Większość piosenek dotyka sfery seksualności, w sposób oczywisty, przewidywalny i wprowadzający w lekkie zakłopotanie. I o ile dekadę temu zbliżone teksty – jako wychodzące od faceta będącego w sile swoich lat dwudziestych – nie raziły mocno po oczach, tak teraz przy piątym studyjnym krążku oczekuje się od dojrzewającego artysty czegoś znacznie więcej. Czegoś co nie byłoby tak obrzydliwie proste, czegoś co miałoby w sobie choćby trzy słowa zmuszające do chwili refleksji („I said, put your filthy hands all over me / And no, this ain’t the clean version / And what you gonna do with all that meat?„, „But then your hands talking, fingers walking, down your legs / Hey, there’s faucet„).

man-of-the-woods

Na ‚Man of the Woods’ Timberlake’a można odnaleźć też kilka bardziej satysfakcjonujących chwil, choć jest ich jak na lekarstwo. Na miejsce tuż obok innowacyjnych w swym brzmieniu ‚SexyBack’ oraz ‚Suit & Tie’ z pewnością zasługuje frywolny lead-singiel ‚Filthy’, czyli mocno-palący muzyczny bałagan obudowany wciągającym elektro-funkiem przywołujący na myśl w swych  niektórych momentach dyskografię Prince’a. Przyjemną dla ucha odmianą nowoczesnego r&b wyprodukowaną przez Pharrella Williamsa jest ‚Supplies’, które posiada najbardziej nieoczekiwane przejście na tym krążku. Interesująco wypada także disco mogące stanowić swoistego rodzaju tribute dla Bee Gees, o jakie pokuszono się w bujającym ‚Montana’. Pozytywne odczucia wywołuje nagrane z Chrisem Stapletonem ‚Say Something’, wprowadzające na album elementy stylistyki country. Utwór ten to jedna z najszybciej wpadających do ucha kompozycji na ‚Man of the Woods’. 

W tych momentach płyty nie sposób nie pokusić się o refleksję, że to właśnie w takim – nienachalnie bujającym, zaskakującym i odrobinę prekursorskim – wydaniu Timberlake’a lubimy słuchać najbardziej. Na ‚Man of the Woods’ niestety dominuje jednak dokładne przeciwieństwo takiej wersji Justina: w piosenkach po 60 sekundach opada ciśnienie, znaczna część utworów dzięki swej strukturze zmierza wprost donikąd, a dochodzące do 7-9 minut kiepskie kompozycje z ostatniego krążka 37-latka zaczynają jawić się na tle ‚Man of the Woods’ jako kompozycje odkrywcze i szalenie wciągające.

To już drugie z rzędu pudło wymierzone z celownika Timberlake’a. Po nieudanej drugiej części wydawnictwa ‚The 20/20 Experience’ (pobłażliwie nazywanej niekiedy płytą z odrzutami) intrygująca oprawa wizualna nowej ery stanowi jedynie zgubną i przenudną drogę do niebudzącego większych muzycznych emocji ‚Man of the Woods’.

4.0/10