Co  się stało z Lady Gagą? To pytanie przewija się w niejednym komentarzu dotyczącym ostatnich poczynań jednej z największych gwiazd popowej planety minionych lat. Na okładce najnowszego dziecka artystki – albumu ‘Joanne’ – na próżno szukać wymyślnej fryzury, kontrowersyjnej pozy czy dyskotekowej kuli ulokowanej w dość niecodziennym miejscu. Jest za to delikatny makijaż, niczym niewyróżniający się kadr i dość oszczędne przesłanie okraszone kryjącym pewną historię spojrzeniem. Opowieść, jaką tym razem zdecydowała się opowiedzieć światu Lady Gaga, to historia o zagadkowej Joanne. Wzrusza, bawi do łez, a może najzwyczajniej w świecie nudzi?


Opowiastkę rozpoczyna piosenka o diamentowym sercu będąca wiarygodnym wskaźnikiem tego, co kryje się w kolejnych czterdziestu minutach wydawnictwa. ‘Diamond Heart’ to kompozycja o niebywale antemicznym refrenie wprost stworzonym do tego, by wybrzmieć na rozgrzanej do czerwoności przez tłum skandujących fanów arenie. Pierwsze dźwięki piosenki napisanej przez Gagę, Ronsona i Homme swoim minimalizmem przywołują na myśl brzmienia lat 70-tych: wrażenie to jednakże znika wraz z nadejściem absolutnie zabójczego refrenu (‘Come on, baby, do you have a girlfriend? / I might not be flawless but you know I got a diamond heart’). Lekki i całkiem udany flirt ze stylistyką country Gaga rozpoczyna wraz z nadejściem ‘A-YO’ – kawałek, który wyszedł spod ręki współpracującej z m.in. Carrie Underwood i Faith Hill Hillary Lindsey to kulka nieokiełzanej niczym dzikiej energii. I choć wtórność refrenu momentami może przyprawić o delikatny ból głowy, to kompozycji nie sposób odmówić dużej dozy chwytliwości i oryginalności. ‘John Wayne’, zatytułowane na cześć jednego z najbardziej utytułowanych aktorów amerykańskich westernów ubiegłego wieku, z kolei momentami zdaje się nie wyrabiać na zakrętach: o ile zwrotki zwiastują nadejście czegoś porywającego, to refren nie wytrzymuje presji i sprawia, że potencjał kompozycji do wykorzystanych raczej nie należy. Podobny przypadek zachodzi zresztą w wybranym na pierwszy singiel z ‘Joanne’ ‘Perfect Illusion’ – zwrotki napędzają muzyczne zmysły do czerwoności tylko po to, by wraz z refrenem przynieść książkowo-perfekcyjne rozczarowanie. Doskonała iluzja wywołuje mieszane uczucia: z jednej strony warto docenić pójście na przekór żądającym kolejnej wersji ‘Bad Romance’, z drugiej trzeba skarcić za zgubiony po drodze potencjał tejże kompozycji.

Absolutną muzyczną ucztą na piątym studyjnym krążku Lady Gagi są numery należące do kategorii bardziej spokojnych i pozbawionych elementów groteskowości. Na ‘Joanne’ dość wyraźnie lśni numer tytułowy: zatytułowana na cześć tragicznie zmarłej ciotki artystki muzyczna opowieść chwyta za serce od swoich pierwszych dźwięków. Ciężko o bardziej wiarygodny przekaz i emocjonalne uniesienia w kompozycji, która stała się prawdziwym rdzeniem tego albumu. Pozytywnie zaskakuje również stworzone przez Lindsey ‘Million Reasons’: proste brzdąkanie na gitarze okazuje się być nad wyraz urzekające i obdarowane solidnym emocjonalnym ładunkiem. Niezapomnianym momentem ‘Joanne’ – i jednym z najlepszych w dotychczasowej dyskografii Gagi – jest zamykające wersję podstawową krążka ‘Angel Down’. Piosenka dotykająca w piękny sposób najbardziej newralgicznych zagadnień współczesnego społeczeństwa w otoczeniu delikatnych dźwięków pozostawia wiele kwestii w niedopowiedzeniu i wywołuje przy tym liczne refleksje (‘Shot were firet on the street / By the chuch where we used to meet’). To wzruszający apel, który w dorobku nowojorskiej artystki być może kiedyś zapisze się jako „ten moment”.

Uroczym dodatkiem do ‘Joanne’ jest także nagrane wspólnie z Florence Welch ‘Hey Girl’. Choć utrzymane jest w stylistyce kompletnie innej niż uprzednia okryta sławą żeńska kolaboracja Gagi i budzi odrobinę mniej emocji, to nagranie wyrażające kobiecą jedność i wsparcie z pewnością znajdzie niejednego zwolennika. Za wycieczkę do wnętrza serca Gagi bijącego niejednokrotnie w rytmie country można uznać proste, lecz chwytliwe ‘Sinner’s Prayer’. Przykuwające uwagę wokale i – subiektywnie – jeden z lepszych tekstów na ‘Joanne’ dobrze współgrają z melodią stworzoną przez Hommera. Równie ciekawie prezentuje się żywe ‚Come to Mama‚, w której wyraźnie słychać wpływy nieodżałowanej stylistyki Motown. Szansę na komercyjny hit skrywa za to porywające swym brzmieniem ‘Dancin’ In Circles’ – to wszakże kompozycja, której najbliżej do poprzedniego popowego dorobku artystki. Wzmocniona przez twórcze wsparcie Becka Gaga w wyjątkowo zjadliwy sposób wchodzi w nieodkryte wcześniej tereny swojej popowej duszy (‚In the fire I call your name out / call your name out, call your name out‚).

Joanne‚ z pewnością nie będzie zwycięskim albumem dla każdego popowego słuchacza. Tych, którzy liczyli na dźwięki ‚The Fame‚ wyhodowane na zdrowych sterydach spotka gorzkie rozczarowanie. Z kolei Ci, którzy nie antycypując popowych petard chcieliby zwyczajnie odkryć nie-taką-zwyczajną sferę muzycznej intymności Gagi zostaną prawdopodobnie w pełni zaspokojeni. Oddając do rąk słuchaczy ‚Joanne‚ Gaga zdaje się im przekazywać to, co w sobie ma najlepsze: wiarygodną miłość do muzyki i ludzi skompresowaną do kilkudziesięciu minut w trakcie, których po raz kolejny udowodniona jest teza, że mniej niejednokrotnie znaczy więcej.

8.4/10

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here