Premiera debiutanckiego albumu niewątpliwie stanowi niezwykle trudny, a zarazem niejednokrotnie decydujący, moment w dyskografii każdego młodego artysty. Postawione zadanie staje się podwójnie ciężkie, gdy wywodzisz się z jednego z najpopularniejszych współczesnych boysbandów, a na Twój pierwszy solowy ruch z niecierpliwością wyczekuje połowa popowej kuli ziemskiej. Pierwsze dziecko 23-letniego Brytyjczyka narodzone w trakcie tymczasowej separacji z grupą One Direction to eklektyczna mieszanka rockowych dźwięków lat 70-tych w wersji light wzbogacona o autentyczną i momentami kruchą wrażliwość muzyczną Stylesa.  Czy Harry’emu udało się z sukcesem zdefiniować siebie, a następnie zamknąć swoją muzyczną osobowość w 40 minutach?


Na pierwszy zwiastun solowego wydawnictwa Brytyjczyka wybrano dotknięte lekką nostalgią ‚Sign of the Times‚, które zostało napisane m.in. przez Jeffa Bhaskera (‚Just Give Me a Reason‚ P!nk, ‚Photograph‚ Ed Sheeran, ‚Uptown Funk‚ Mark Ronson). To bezapelacyjnie jeden z najlepszych utworów, jakie ukazały się do tej pory w 2017 roku: perfekcyjny ukłon w kierunku dźwięków bliskich Oasis draśniętych nutą niepowtarzalnego brzmienia Davida Bowiego. Dziwić zatem nie powinna opinia, że to właśnie ten kawałek przywdziewa koronę wśród pozostałych kompozycji zawartych na solowym albumie Harry’ego Stylesa.

W sposób nieco mniej dramatyczny i odrobinę spokojniejszy wybrzmiewa urocze ‚Sweet Creature‚. Kompozycja, która wyszła spod pióra Thomasa Hulla, autora przebojów Florence + The Machine (‚Shake It Out‚, ‚Never Let Me Go‚), co prawda nie szokuje swoją oryginalnością, ale stanowi przyjemne przejście w połowie wydanego materiału. Subtelne dźwięki można odnaleźć również w otwierającym krążek ‚Meet Me in the Hallway‚: rozleniwione wokale Stylesa idealnie komponują się z brzmieniem partii gitarowych wytwarzając iście psychodeliczny klimat. Muzyczny wstęp do albumu intryguje i zachęca do pochylenia się nad właśnie rozpoczynającą się solową ścieżką kariery Harry’ego. Wyjątkowo kruchą warstwę muzycznej wrażliwości Brytyjczyka można za to odnaleźć w spinającym album ‚From the Dining Table‚. To jedna z tych kompozycji w trakcie, których proste dźwięki i nienarzucające się wokale zdradzają o artyście znacznie więcej niż można się tego było pierwotnie spodziewać (‚Woke up the girl who looked just like you/Almost said your name‚).

Harry Styles równie wiarygodnie wypada przy nieco szybszych melodiach: w mocno-inspirowanej wydanym w latach 70-tych ‚Stuck In The Middle With You‚ z repertuaru grupy Stealers Wheel ‚Carolinie‚ Brytyjczyk uwalnia fun-factor wyśpiewując pieśń na cześć dobrej dziewczyny. Prawdziwa eksplozja energii ma zaś nastąpić w drapieżnym i wysoce energetycznym ‚Kiwi‚. Kawałek ten należy uznać – tuż obok wywołującego ciarki we wszelkich dostępnych i niedostępnych miejscach ‚Sign of the Times‚ – za jeden z najlepszych momentów debiutanckiej płyty HS. To bowiem dokładnie ten fragment albumu, na który tak długo czekałeś: już po kilku pierwszych sekundach ‚Kiwi‚ możesz poczuć się jak prawdziwa gwiazda rocka z drugiej połowy lat ubiegłego wieku. Cudowne uczucie, prawda?

Solidna dawka efektownego rock’n’rolla zostaje zaserwowana w chwytliwym ‚Only Angel‚ (‚Couldn’t take you home to mother in a skirt that short‚), zaś niepowtarzalny czar godny wydania na singlu posiada pościelowe ‚Ever Since New York‚. Delikatne wokale połączone ze świeżą i lekką warstwą melodyczną sprawią, że ta melodia utkwi w Twojej głowie jeszcze przed zakończeniem jej pierwszego-pełnego przesłuchania. Interesująco wypada także ocierające się o znośne country ‚Two Ghosts‚, które zawiera prawdopodobnie najbardziej bezpośrednie odesłania do życia intymnego wokalisty, jakie można znaleźć na tym krążku (‚Same lips, red. Same eyes, blue’).

Pomysł na debiutancki krążek Harry’ego Stylesa z pewnością nie powstawał w oparach generycznych i zbyt-oczywistych inspiracji muzycznych. Rzecz jasna, pewne momenty tego albumu brzmią dokładnie tak jakby zostały stworzone w celu głośnego i wyraźnego zaznaczenia alternatywnego – w stosunku do dokonań grupy One Direction – charakteru solowej ścieżki kariery Stylesa. Nie stanowi to jednak zbyt poważnego zarzutu: całość albumu niemalże idealnie łączy się w spójną całość, a koncepcja krążka i jego zawartość z całą pewnością przekona do siebie osoby niewchodzące w skład targetu macierzystej grupy brytyjskiego wokalisty. Nie możesz przecież zbłądzić, gdy z Twojej twórczości na pierwszym miejscu wyłania się dusza o autentycznej wrażliwości rockandrollowca brylującego w drugiej połówce ubiegłego wieku. 

8.0/10

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here