W historii każdego zespołu przychodzi ten kluczowy moment, w którym za sprawą swojej kolejnej płyty kariera danej grupy albo poszybuje w górę generując kolejną partię fanów, albo spadnie z hukiem wróżąc rychłe złożenie broni. Trzeci album Fifth Harmony nie pozostawia złudzeń co do tego, że dziewczynom zdecydowanie bliżej do tego drugiego wariantu. 


Pierwszy znaczący i katastrofalny w swych skutkach błąd poczyniony przez okrojony skład amerykańskiej grupy to wybór kompozycji ‚Down’ na lead singiel trzeciego studyjnego krążka. Nieudolne odwzorowanie najdoskonalszego momentu w dyskografii 5H – ‚Work from Home’ – skończyło się na powstaniu znacznie brzydszej siostry zeszłorocznego przeboju dziewczyn, na dodatek mocno ubogiej w zaskakujące momenty i pozbawionej jakiejkolwiek oryginalności. Brak czynnika wyróżniającego wśród materiału zawartego na ‚Fifth Harmony’ to zresztą najpoważniejszy zarzut skierowany pod adresem wypieku finalistek jednej z edycji ‚The X Factor’.

Wszakże przeważająca część utworów umieszczonych na 5H3 brzmi dokładnie tak, jakby nie przeszła już wstępnej selekcji w procesie wyboru kompozycji na poprzedni krążek grupy. Wśród dziesięciu propozycji zaserwowanych przez Ally, Normani, Dinah i Lauren jedynie ‚Don’t Say You Love Me’ i ‚Sauced Up’ zasługują na powtórne odtworzenie: w pierwszej z nich zachęcają doskonale brzmiące wokale Lauren (ta dziewczyna to jedyna osoba w tym składzie z potencjałem solowym) i wciągająca struktura kompozycji, ogniste ‚Sauced Up’ napędzają zaś wspólne momenty dziewczyn oraz podsycona bassem linia melodyczna. Pozostała część materiału to piosenki dosłownie o niczym, mieszczące się w kategorii „stworzone-w-ciągu-pięciu-minut-na-kolanie”. Zabrakło pomysłu na produkcję nudnego i zbędnego na albumie ‚Messy’, zabrakło też czasu na doszlifowanie bujającego w pewnych momentach ‚Lonely Night’. Nuda w brzmieniu i niechlujne podanie to jedno, przyprawiające o ciarki bublowate teksty to już zupełnie inna bajka.

Seks, chłopaki, seks. To właśnie wokół tych tematów oscylują teksty organicznego i dojrzałego krążka Fifth Harmony.  Większość wycieczek lirycznych wszakże w sposób bezczelnie oczywisty i momentami zbyt nachalny barwionych jest podtekstem erotycznym, nie pozostawiając jednocześnie słuchaczowi nawet cienia szansy na jakiekolwiek niedopowiedzenia w tym zakresie. Na albumie, który w teorii miał stanowić pierwszą kartę w nowym rozdziale 5H nie ma nawet jednego utworu, który mówiłby coś bardziej personalnego o samych dziewczynach niż potrzeba chwilowego uniesienia, kilkusekundowa samotność i niepewność własnych uczuć. Oczywiście, nawet te prozaiczne tematy podane są w najbardziej szablonowy i oklepany sposób (‚I can be messy, I can be messy / Yeah, I admit / I can be messy, I can get crazy / Yeah, I admit’,  ‚You look everywhere but my eyes, bye-bye, bye-bye / It’s gonna be a lonely, lonely, lonely, lonely, lonely night, bye-bye‚). W pełnym wigoru ‚He Like That’ słuchaczowi zostaje zaś rzucone niełatwe wyzwanie przetrawienia jednego z najbardziej absurdalnych i najmniej ambitnych tekstów, jakie można było usłyszeć w tym roku (‚Pumps and a bump, pumps and a bump / He like the girls with the pumps and a bump /Pumps and a bump, pumps and a bump / I be that girl with the pumps and a bump‚).

Trywialność tekstów idzie w parze z pospolitością i szablonowością samych produkcji piosenek. ‚Make You Mad’, ‚Deliver’ i ‚Bridges’ to kompozycje, które zmierzają wprost donikąd, nie poczyniono w nich wszakże żadnego kroku wykraczającego poza ramy wyznaczone niegdyś dla tego typu piosenek. Nawet wyprodukowane przez Skrillexa ‚Angel’ nie uderza tak mocno, jak w teorii powinno: dziewczyny nie bawią się eksplozyjną linią melodyczną, nie wychodzą również poza swoje granice komfortu wyznaczone przez uprzednie dokonania.

Fifth Harmony miały przed sobą pewien moment do dość prostego przekucia w komercyjny i artystyczny sukces: odejście Camili Cabello przez większość obserwatorów przemysłu muzycznego poczytywane było za doskonałą szansę dla grupy do zamarkowania się na scenie jako ‚ten’ girlsband. Miało być dojrzale i organicznie, jest nudno i o niczym. ‚Fifth Harmony’ to wzorcowy przykład muzycznego festiwalu fast-foodu w trakcie, którego serwuje się jedzenie przyrządzone na spalonych patelniach, na dodatek z użyciem nieprzyzwoicie dużej ilości niezdrowego lirycznie tłuszczu i garści niekoniecznie świeżych składników. Cel takiej operacji realizowany jest zgodnie z trzema złotymi zasadami: po pierwsze zapchaj słuchacza wielkim-byle-czym, po drugie wywołaj sztuczne uczucie nasycenia, a na koniec pozostaw z dolegliwościami i nieprzyjemnymi efektami ubocznymi.

3.0/10

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here