Niemalże pięć długich lat przyszło światu czekać na drugi studyjny album Emeli Sandé. Debiutanckie ‚Our Version of Events‚ stało się brytyjską sensacją roku 2012 rozchodząc się w samej Wielkiej Brytanii w nakładzie przekraczającym 2 miliony egzemplarzy. W tamtym okresie Emeli była obecna dosłownie wszędzie: występy w kultowym The X Factor, muzyczny udział w otwarciu i zamknięciu Olimpiady 2012 oraz obecność na scenie Brit Awards sprawiły, że artystka Wyspiarzom wręcz wyskakiwała z przysłowiowej lodówki. Dłuższa przerwa pozwoliła Sandé nieco odpocząć od medialnego huraganu, który za sprawą swojej debiutanckiej ery wywołała, a także wystarczyła do tego, by zgromadzić paletę różnych emocji na swoim kolejnym muzycznym dziecku – ‚Long Live The Angels‚. Jak tym razem wypada Szkotka śpiewająca do złamanych serc?

Otwierające krążek majestatyczne ‚Selah‚ w sposób nieszablonowy zdradza jego tematykę: słowo, które wywodzi się z Biblii interpretowane jest jako pauza w celu celebracji życia, a w tym przypadku odnosi się do osobistych przeżyć Sandé związanych z przebytym rozwodem. Trzy kolejne utwory to prawdziwa muzyczna uczta: zapierające dech w piersiach ‚Breathing Underwater‚, wokalny majstersztyk ‚Happen‚ oraz buchające emocjami ‚Hurts‚. O ile pierwszy z nich doskonale wpisuje się w kanon dotychczasowych balladowych upodobań Szkotki to w przypadku ‚Happen‚ i ‚Hurts‚ uwolnione dźwięki obnażają jej nieco ciemniejszą i ostrzejszą wersję. Swój niezaprzeczalny urok mają także kompozycje, w których wokale Emeli są odrobinę bardziej powściągliwe oraz otoczone minimalistycznym brzmieniem – wyrażające życiową bezradność ‚Give Me Something‚, dotyczące poczucia odosobnienia ‚Lonely‚ i budowane w kierunku gospelowego finiszu ‚Sweet Architect‚.

Największym odejściem od zawartości pierwszego wydawnictwa wokalistki jest nagrane wspólnie z Jay Electronica i Áine Zionem ‚Garden‚. Kompozycja ta to zdecydowanie najbardziej zaskakujący muzycznie moment ‚Long Live The Angels‚.  Z kolei wzruszającemu ‚Shakes‚ i zbyt krótkiemu ‚Right Now‚ dość blisko do debiutanckiego ‚Our Version of Events‚: utwory te zawierają pokaźny pokład emocji napędzany pięknymi wokalami Sandé, w przypadku pierwszego z nich dodatkowo obramowanymi dźwiękami pianina. Większego pomysłu brakuje za to w ‚Tenderely‚, w którym artystkę wsparł ojciec oraz chór Serenje – utwór, który w zamyśle ma odzwierciedlać korzenie Emeli w rzeczywistości zdaje się zmierzać donikąd. Na miano zapychacza zasługuje ‚Every Single Little Piece‚, w którym powielone zostają niewiarygodnie bezpieczne, nudne i uprzednio przerobione rozwiązania. Zaskakująco energetycznym zakończeniem drugiego studyjnego albumu Sandé jest ‚Highs & Lows‚ oraz ‚Babe‚, które mają wyjątkowo mało wspólnego z ‚muzyką dla babci’, za którą twórczość Szkotki niegdyś uznał Noel Gallagher.

Long Live The Angels‚ to niewątpliwie przyzwoity następca okrytego sławą ‚Our Version of Events‚. Wydawnictwo bowiem w głównej mierze zawiera tę Sandé, która kilka lat temu skradła serca milionów słuchaczy wzruszającymi melodiami o romantycznych wzlotach i upadkach (‚Breathing Underwater‚, ‚Shakes‚, ‚Right Now‚), zaś dopiero w nielicznych momentach drugiego studyjnego albumu Szkotki zaobserwować można nieco mroczniejszą wersję jej emocjonalnych wycieczek (‚Hurts‚, ‚Happen‚, ‚Garden‚). Powrót ten natomiast byłby znacznie bardziej pasjonujący, gdyby całość zamknąć w mniejszej ilości kawałkó – część utworów, jakie znajdziemy na ‚Long Live The Angels‚ dobitnie powielają utarte wcześniej schematy niczym przy tym nie zaskakując (‚I’d Rather Not‚, ‚Every Single Little Piece‚, ‚Tenderely‚).

(7/10)

ladygagaclear

aliciakeysrec

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here