Choć Daria Zawiałow uważana jest dziś za jedną z najbardziej charyzmatycznych i utalentowanych polskich wokalistek, o swoją pozycję walczyła bardzo długo. W marcu ukazał się jej drugi album studyjny „Helsinki”, który podbił serca fanów i krytyków muzycznych. Podczas rozmowy, wokalistka zdradziła nam, skąd wziął się pomysł na ten krążek, gdzie szuka inspiracji, z kim chciałaby nagrać duet oraz… co łączy ją z Marylą Rodowicz.

Od premiery „Helsinek” minął już prawie miesiąc. Ochłonęłaś trochę?

Nie miałam jeszcze czasu, żeby usiąść, ochłonąć, pomyśleć, nacieszyć się wszystkim tym, co dzieje się wokół tego albumu. To przez to, że działam na turbo wysokich obrotach. Obecnie jestem w trasie koncertowej, cały czas trwa też etap promocji płyty, więc nie śpię po nocach, cały czas pracuję.

Album zbiera same pozytywne recenzje, single cieszą się sukcesem w radiu. Spodziewałaś się tak dobrego odbioru?

Nie, byłam wręcz bardzo niepewna. Miałam takie marzenie, żeby był tak samo ciepło przyjęty jak „A Kysz!”, ale absolutnie nie spodziewałam się tego bumu i sukcesu „Szarówki”. Nie spodziewałam się tego wszystkiego, co idzie teraz za teledyskiem. To naprawdę mocno budujące.

No właśnie… Wydając „A Kysz!”, miałaś start, o jakim marzy zapewne wielu artystów. Złota płyta, uznanie krytyków, 2 Fryderyki… Czułaś presję, nagrywając „Helsinki” czy raczej podchodziłaś do tego ze spokojem?

Wiesz co, odczuwałam. Jest coś takiego jak „syndrom drugiej płyty” i myślę, że jeśli ktoś uważa, że go nie ma, to trochę nagina prawdę. (śmiech) Musiałam się po prostu zamknąć przed światem zewnętrznym. Oszalałabym, gdybym cały czas słuchała rad w stylu: „Może pójdziesz w tę stronę albo w tę stronę”, albo „Teraz druga płyta, to dopiero będzie sprawdzian!”. Ciągle spotykaliśmy się z Michałem Kushem, moim producentem, z taką presją otoczenia, więc musieliśmy się po prostu zamknąć przed światem i sami ustalić, co chcemy dalej robić.

Często mówi się, jak sama zauważyłaś, że druga płyta to największe wyzwanie dla artysty, dlatego też zaczynają oni eksperymentować ze brzmieniem dopiero przy trzeciej płycie. Ty zrobiłaś to już na drugiej. Nie bałaś się zaryzykować?

Na pewno się trochę bałam, ale przede wszystkim, pisząc „A Kysz!”, miałam zaledwie 20 lat. Wydając „Helsinki”, mam 26. Sześć lat na takim etapie życia to jest po prostu przepaść. Wtedy byłam dzieckiem, teraz jestem kobietą. Dojrzałam mentalnie, po prostu się rozwijam i chcę o tym głośno mówić. Zarówno ja, jak i Michał mamy nowe fascynacje. Co innego nas kręci, inaczej myślimy. Myśleliśmy na początku, żeby zostać w tej, powiedzmy, „strefie komfortu”, natomiast w fazie produkcji naturalnie wychodziło z nas jednak co innego. Patrząc nawet na okładki obu płyt widzę, jak bardzo się zmieniłam. Teraz mam gorsze włosy. (śmiech) Okładka „Helsinek” jest taką wiosną wybuchającą w twarz. Sama byłam pomysłodawczynią tej sesji zdjęciowej, sama wybrałam fotografa, byłam też pomysłodawczynią stylizacji. Właściwie wszystko sama wymyśliłam, łącznie z tym, żeby był to digipack a’la niebo. Zosia Samosia ze mnie. Chyba nie mówiłam tego jeszcze w żadnym wywiadzie.

Już na pierwszy singiel wybrałaś coś zupełnie odmiennego, a mianowicie mocno elektroniczne „Nie dobiję się do ciebie”. To było odważne posunięcie, ale chwyciło! Pewnie dodało ci to pewności siebie przy tworzeniu całego krążka?

Nie wiem, czy dodało. „Nie dobiję się do ciebie” nie jest utworem reprezentatywnym dla tego albumu. To najbardziej elektroniczny numer, jedyny, w którym nie ma żywych bębnów. „Helsinki” są organiczną płytą, a „Nie dobiję się do ciebie” było trochę takim psikusem. Nie chciałam jeszcze rozpatrywać i przewidywać, jak będzie postrzegana płyta, czy uda się tak samo jak przy pierwszej, co się wydarzy. Chciałam poczekać na rozwój sytuacji, na drugi singiel, na premierę płyty i dopiero się cieszyć, bądź płakać. (śmiech)

Ale za „Nie dobiję się do ciebie” otrzymałaś nominację do Fryderyka w kategorii „Utwór roku”, więc dobrze to wróżyło. Zgadzam się, że sam utwór odbiega od pozostałych kawałków na płycie, aczkolwiek zapoczątkowany w nim „ejtisowy” klimat przewija się praktycznie przez cały krążek. Dlaczego szukałaś inspiracji akurat w latach osiemdziesiątych? To jest ta muzyka, która gra ci w duszy?

Wiesz co, myślę, że na tej płycie jest też trochę lat i siedemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, zupełnie tak jak na „A Kysz!”. Na „A Kysz!” może było więcej lat dziewięćdziesiątych, teraz rzeczywiście osiemdziesiątych. Zarówno ja, Michał, jak i Piotrek ”Rubens” mamy ogromne zamiłowanie do starszych epok. Kochamy starszych wykonawców i naturalnie to „przemycamy” do naszej twórczości, starając się jednak robić to po swojemu, trochę uwspółcześniając.

Udało wam się stworzyć płytę eklektyczną, chyba jeszcze bardziej od debiutu. To był wasz pomysł na ten album czy jego zróżnicowanie wynika raczej z przypadku?

Bardzo lubimy eklektyczne płyty, jesteśmy fanami takich wydawnictw. „A Kysz!” było już eklektyczne, a w przypadku „Helsinek” dużo rzeczy nas kręciło, dużo rzeczy nas jarało, więc nie zastanawialiśmy się, robiliśmy swoje, a na koniec przyszła selekcja.

A czy któryś z kawałków, który przy ostatecznej selekcji nie trafił na „A Kysz!” dostał swoją szansę na „Helsinkach”?

Nie.

Czyli materiał jest całkowicie premierowy?

Tak, dokładnie.

Słuchając twoich krążków zauważyłem jeszcze jedno podobieństwo. Na obu albumach w połowie umieściłaś piosenkę po angielsku. Na „A Kysz!” jest to „Chameleon”, natomiast na „Helsinkach” mamy „Winter is coming”. To przypadek czy umieszczenie anglojęzycznego numeru to twoja koncepcja?

Tak, to był mój pomysł. Podoba mi się ten zabieg jednej piosenki w języku angielskim umieszczonej w środku płyty, z tego względu, że jest to moim zdaniem swego rodzaju oddech.

Coś w rodzaju ciszy przed burzą?

Tak, dokładnie! Traktuję je jako ciekawy przerywnik, odmianę. Nie ma w tym przypadku.

Dziełem przypadku są, jak sama często mówisz, tytuły twoich piosenek. „Majami synek”, „Punk Fu”, wcześniej „Król lul”. Kto za nie odpowiada?

To bardzo różnie, ale te najbardziej szalone są autorstwa Michała Kusha. To jego robocze tytuły, które już po prostu z nami zostają, bo jesteśmy do nich tak przyzwyczajeni. Na pewnym etapie uzmysławiamy sobie, że możemy mieć dobrą filozofię do tego, aby dopasować tekst piosenek do tych tytułów. „Kundel bury”, „Skupienie”, „Pistolet”, „Punk Fu!”, „Saloniki” czy „Majami synek” to tytuły Michała.

Ale tytuł płyty pewnie wymyśliłaś już sama? Jesteś dziewczyną z Koszalina, więc wydawać by się mogło, że bliższe twojemu sercu będzie Miami czy Honolulu, a tu Helsinki. Dlaczego?

Honolulu jest już zajęte przez Sławka Uniatowskiego. (śmiech) Od dłuższego czasu fascynuję się Muminkami, Włóczykijem i fińską literaturą. Do Finlandii zaprosiła mnie Tove Jansson i stworzony przez nią wspomniany Włóczykij, z którym mocno się utożsamiam. Dzięki niej zapoznałam się z fińską literaturą, która jest absolutnie magiczna, niedopowiedziana, tajemnicza. Jest dokładnie taka, jak wyobrażam sobie swoją twórczość i te baśniowe Helsinki. Dlatego też napisałam piosenkę, że zaszyję się w Helsinkach, a później nazwałam tak całą płytę. Ciekawostką jest, że jestem psychofanką Tolkiena, a Tolkien bardzo czerpał ze zbioru pieśni i legend ludowych ”Kalevali”. Cały język elficki ”Quenya”, który wymyślił Tolkien jest oparty na starofińskim, także wiele się na to składa. A że ja nie wierzę w przypadki, to musiałam nazwać album „Helsinki”. Zresztą, super to brzmi.

Co do przypadków w twoim życiu, podobno przypadkiem zostałaś tekściarką. To prawda?

Tak, to prawda. Nie było mnie po prostu stać na to, żeby prosić jakieś wybitne tekściarki. Nie miałam jeszcze kontraktu z wytwórnią, a musiałam pokazać im jakieś demo, więc musiałam się z tym zmierzyć sama.

To zaskakujące, bo teraz nie piszesz już tylko dla siebie. Niedawno swoją premierę miał debiutancki album Arka Kłusowskiego, na który napisałaś trzy piosenki. Jak doszło do tej współpracy?

Arek po prostu się do mnie odezwał i tak oto wyszło. (śmiech) Nie ma w tym żadnego ukrytego dna. Odzywali się też tacy muzycy-celebryci, żebym napisała im teksty, ale na razie nie mam fizycznie na to czasu. Bardzo chciałabym mieć, bo to moja nowa pasja i fajnie byłoby się tym zająć.

A słuchałaś już płyty Arka? Dla mnie to taki krążek-manifest. Mało na nim wanilii. Ty też częściej piszesz i śpiewasz o smutku. To łatwiejsze?

Słuchałam. Uważam, że to świetna płyta i bardziej podobają mi się te utwory, których nie napisałam. (śmiech) Jeśli chodzi zaś o to, czy o smutku jest łatwiej pisać, hmm… Dla mnie tak. Smutek mam we krwi, jak to kiedyś śpiewała Ania Dąbrowska.

Ale jesteś przecież szczęśliwą osobą, prawda?

Tak, jestem.

To skąd się biorą pomysły na takie kawałki jak „Gdybym miała serce”, „Punk Fu” czy „Saloniki”? Kreujesz te historie od podstaw czy raczej jesteś bacznym obserwatorem i opowiadasz o tym, co podsłyszałaś, przeczytałaś?

Różnie. Generalnie, ja w ogóle nie lubię się za bardzo obnażać w swoich tekstach. Jestem za to fanką fantasy i chyba dlatego bardzo lubię kreować rzeczywistość, wymyślać przeróżne historie, bohaterów. Lubię baśniowość. Kręci mnie bycie narratorem. I o ile uważam, że pierwsza płyta była bardziej poetycka i taka w ogóle gdzieś w kosmosie, tak na „Helsinkach” mówię bardziej prosto z mostu. To zapis moich obserwacji z paru lat. Opowiadam o tym, co widzę.

Myślę sobie, że byłabyś niezłą aktorką albo reżyserką. Miałaś kiedyś coś wspólnego z planem filmowym?

Tak, miałam. Wiele razy brałam udział w przeróżnych konkursach, nawet wygrałam Przegląd Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu, w kategorii junior. Miałam wtedy 13 lat. Wygrałam też przegląd piosenki aktorskiej w Koszalinie „Reflektor”. Chodziłam na zajęcia aktorskie przez pięć lat i bardzo dużo pracy wkładam w interpretacje piosenek. Aktorstwo mnie kręci, co widać chyba też w teledyskach. Mam nadzieję, że będzie mi kiedyś dane wystąpić w filmie, albo nawet napisać jakiś scenariusz. Chciałabym spróbować swoich sił na tym polu.

Kiedyś tańczyłaś, teraz śpiewasz, więc jak najbardziej czas na aktorstwo. Nie dostałaś jeszcze żadnej propozycji, żeby zagrać chociaż jakąś epizodyczną rolę?

Dostałam całkiem niedawno jedną propozycję, ale niestety musiałam ją odrzucić.

Dlaczego?

Nie mogę tego zdradzić. Po prostu musiałam, nad czym nadal ubolewam, ale mam nadzieję, że jeszcze będzie wiele okazji.

Myślę, że po tym wywiadzie pojawi się sporo propozycji. (śmiech) Wracając jeszcze do twojej muzyki, na Instagramie pochwaliłaś się, że zaraz po premierze płyty fani wysłali Ci mnóstwo screenów z ich ulubionymi kawałkami, oznaczali cię w postach. Które piosenki, według twoich obserwacji, są ich ulubionymi?

Patrząc z poziomu Internetu i social mediów, wydaje mi się, że poza singlami, najwięcej komentarzy, oznaczeń, wiadomości dotyczyło piosenek „Gdybym miała serce” i „Hej Hej!”, a później „Płynne szczęście” i „Punk Fu”. To są takie cztery piosenki, które ludzie najbardziej pokochali. Naomiast na koncertach jest baaardzo różnie.

Kierujesz się takimi informacjami w doborze kolejnych singli czy raczej stawiacie z chłopakami na swoje faworyty, które niekoniecznie muszą być zbieżne z tymi od fanów? A może zdajesz się na wytwórnię?

Wybór singla jest tak indywidualny, że nie mogą o tym decydować fani, bo każdy chciałby co innego. Takie decyzje muszą podejmować ludzie, którzy zajmują się tym zawodowo. Nawet my nie wybieramy singli, chociaż mówimy, co byśmy chcieli pokazać szerszemu gronu. Ale trzeba pamiętać, że też nie jesteśmy obiektywni.

Skoro zapytałem cię o upodobania fanów, to czas na twoje. Która piosenka z „Helsinek” jest ulubioną Darii Zawiałow, najwięcej dla niej znaczącą, najbardziej osobistą?

Ulubioną „Gdybym miała serce”, a najbardziej osobistą „Iskrzę się”.

Jaka jest twoja wymarzona współpraca?

Na rynku zagranicznym Thom Yorke, a na rynku polskim nie zdradzę, ale jest osoba, z którą bardzo chciałabym coś nagrać. Można iść tropem Thoma Yorke’a i odgadnąć, o kogo może chodzić, ale nie powiem tego głośno. (śmiech) Na pewno jednym z moich największych marzeń było wystąpić z Korą, w ogóle poznać ją, bo nie miałam takiej okazji. Była dla mnie ogromną inspiracją. Fani często porównują mnie właśnie do Kory, jest to dla mnie bardzo duży komplement i cieszę się, że ktoś może tak myśleć. Często nasze brzmienie jest też porównywane do stylu Blondie.

Niedługo po wydaniu płyty wyruszyłaś w trasę koncertową. Jak ludzie reagują na twój nowy materiał na żywo?

Świetnie! Naprawdę, nie spodziewałam się tego, ale znają już wszystkie teksty. Cieszą się, wariują. Za każdym razem jestem pod ogromnym wrażeniem. Tym bardziej, że na trasie nie gramy zbyt wielu numerów z „A Kysz!”. W ogóle, ta trasa niesamowicie mnie zadziwia. Mamy wyprzedane kluby, w tym warszawską Stodołę, gdański Stary Maneż, w Katowicach dwa terminy. 9 sold outów! To naprawdę mocno budujące.

Wyprzedane koncerty to chyba największe przypieczętowanie sukcesu. Fakt, że ludzie chcą słuchać tych piosenek na żywo, bawić się do nich.

Zdecydowanie! Nie ukrywam, że dla mnie koncerty są najważniejsze. Wydanie płyty to trochę taki pretekst, żeby wyruszyć w trasę. (śmiech) Uwielbiam grać, dawać ludziom radość i energię, zabierać ją od nich. Wzajemnie się nakręcamy, jest interakcja. To naprawdę coś niesamowitego! Gdyby ktoś kazał mi zejść ze sceny, nie przeżyłabym tego. Mam nadzieję, że to się przez najbliższe lata nie wydarzy. Tego sobie życzę, chociaż powiem ci, że jestem taką osobą, która ma gdzieś z tyłu głowy, że to wszystko może nie trwać wiecznie, nagle się skończyć. Przecież to często naturalna kolej rzeczy.

Nie zamartwiasz się na zapas? U ciebie wszystko idzie do przodu, odnosisz coraz większe sukcesy. Skąd takie myśli?

Dziesięć lat doświadczeń, zanim zadebiutowałam. Ciągłe wzloty i upadki, z naciskiem na serię upadków. To wszystko nauczyło mnie dużej pokory i rozumiem, że nie zawsze będę na świeczniku. Bardzo cenię w sobie to, że potrafię wykrzesać ten dystans do wszystkiego. Nie chcę być osobą, która nagle odleci na inną planetę, przestanie szanować swoich współpracowników i zachwyci się sama sobą, zachłyśnie. Staram się być w tym obozie ludzi, którzy czują grunt pod nogami i twardo po nim stąpają.

Na wersji deluxe krążka umieściłaś utwór „Kryzys wieku naszego”, będący krytyką polskiego show-biznesu i obrazujący to, o czym teraz mówisz. Naprawdę jest tak źle?

Kolorowo nie jest. Oglądałeś ostatnio Fame MMA? (śmiech) Abstrahując od tego, jest kiepsko. Widzę, jaki ten świat jest zepsuty. Ludzie kopią pod sobą dołki. Jest to pewnego rodzaju „wyścig szczurów”, ale da się stać z boku tego wszystkiego. Jestem częścią show-biznesu, tak samo walczę o swoją pozycję, ale nie chcę iść po trupach do celu. Nie będę osobą, która będzie życzyła swoim koleżankom artystkom, rówieśniczkom, żeby im się noga powinęła, żeby nie sprzedała płyty, a wiem, że wielu ludzi właśnie w taki sposób myśli. Oczywiście przez ostatnich kilka lat poznałam sporo osób, którzy wydawać by się mogło, że zjedli zęby na tym biznesie, a pozostali tak normalni i wspaniali, że jest to aż nieprawdopodobne. Są też tacy, którzy wydali jedną płytę, bądź nawet singla i oszaleli.

Życie weryfikuje…

Dokładnie, to mam na myśli. Życie zawsze weryfikuje. O pokorze się fajnie mówi. Też nie chcę się wychwalać, jaka to nie jestem skromna, ale po prostu staram się mieć zdrowy dystans i świadomość tego, że wszystko co dobre, może nie trwać wiecznie. Nie jest to równoznaczne z tym, że nie będę wydawała płyt czy dalej się starała, bo kocham to robić. Jeśli tylko zdrowie, los, Bóg mi na to pozwolą, będę działać jak najdłużej, tak jak Maryla. (śmiech)

Z Marylą miałaś swego czasu sporo wspólnego. Twoja droga do sukcesu była niezwykle kręta. Brałaś udział w „Szansie na sukces”, w „Mam talent”, w „X Factorze”, śpiewałaś w chórkach właśnie u Maryli Rodowicz. Nie spotkałaś wtedy osób, które chciały pozbawić cię twojego indywidualizmu, by stworzyć przysłowiowy produkt? Łatwo wpaść w taką pułapkę, kiedy jest się młodym człowiekiem marzącym o muzycznej karierze.

Na szczęście nie. W odpowiednim momencie poznałam Michała Kusha i wszystko potoczyło się cudownie, zgraliśmy się muzycznie i tak powstało moje pierwsze muzyczne dziecko, czyli „A Kysz!”.

Co wyniosłaś dla siebie z tamtego okresu? Jak się zmieniłaś?

Stałam się osobą mniej brawurową. Kiedyś byłam niezwykle przebojowym, charyzmatycznym dzieciakiem z brawurą, która nie pozwalała mu się nigdy poddawać. Za każdym razem się podnosiłam, co pozwoliło mi dojść do tego miejsca, w którym jestem teraz. Myślę, że gdybym miała przejść przez to wszystko teraz, mogłabym nie dać rady. Co prawda, dalej mam w sobie odwagę, ale stałam się bardziej odpowiedzialna. Nie jestem już naiwna, mam swoją mądrość życiową, jestem po tysiącach lekcji. Mam męża, mieszkanie, rachunki do zapłacenia. Teraz wreszcie czuję się sobą. Wiesz, jak to jest, kiedy ma się kilkanaście lat. Mamy wiele autorytetów, wzorców, chcemy być jak oni, podążać ich szlakami. Często nie mamy swojego własnego zdania, nie wiemy do końca czym jest świat, ani nawet czym chcielibyśmy się w przyszłości zajmować. Dopiero szukamy siebie. Teraz wiem, kim jestem.

Natalia Nykiel przyznała kiedyś, że jej największym marzeniem z dzieciństwa było zostać Britney Spears. Miałaś kogoś takiego?

Jasne, że miałam. Chciałam być jak Gwen Stefani. Dalej uważam, że jest super, zamiłowanie do niej mi nie minęło. Na poprzedniej trasie wykonywałam nawet utwór z repertuaru No Doubt.

W trasie jest was aktualnie dziesięcioro. Ty i dziewięciu chłopaków. Jesteście typowo rock’n’rollowym zespołem?

Nie. (śmiech) O nas mówią, że jesteśmy najgrzeczniejszym zespołem na świecie. Oczywiście zdarza nam się imprezować do rana, ale to zawsze pełna kulturka. Nigdy nie było sytuacji, żebyśmy zrobili rozróbę, żeby ktoś wezwał policję. Naprawdę nie. Świetnie się czujemy w swoim towarzystwie, ale jesteśmy grzeczni. Chociaż jesteśmy dopiero w drugiej trasie, może jeszcze nam się odmieni i koty przerodzą się w tygrysy? (śmiech)

Rozmawiając z tobą o koncertach, nie mogę nie wspomnieć o pewnym przedsięwzięciu. Wraz ze swoim fanklubem stworzyliście akcję „Kundel Bury”.

To w ogóle był pomysł mojego fanklubu, a konkretnie Weroniki. To ona wymyśliła całą akcję, jest jej mózgiem. Karolina, Oliwia, Mariusz i Asia pomagają. Jestem szczęściarą, bo mam świetny fanklub. To bardzo normalni ludzie, a różnie z tym bywa, z tego, co słyszę od znajomych. (śmiech) Traktujemy się jak koledzy, mamy stały kontakt, piszemy ze sobą, zawsze po koncercie się spotykamy. Akcja była ich pomysłem, a ja ją rozpromowałam w mediach. Zebraliśmy ponad 2000 kg karmy! Są też ubranka, zabawki, witaminy, smakołyki, koce, obroże, smycze. Całe mnóstwo dobroci.To niesamowite!

Świetnie, że wykorzystujesz sławę w taki sposób. Teledysk do „Szarówki” również poruszył i pewnie przyczynił się do sukcesu akcji. Kto wpadł na pomysł, aby stworzyć wideo opowiadające los porzuconego zwierzęcia?

Michał Kush był pomysłodawcą. Powiedział, że widzi nieszczęśliwego psa w tym teledysku. PSYCHOKINO czyli Dorota Piskor i Tomek Ślesicki poczuli naszą wizję i napisali mocny scenariusz. Potem wspólnie uświadomiliśmy sobie, jak wiele może za tym teledyskiem iść, jak wiele akcji możemy zrobić, jak będzie uświadamiał ludzi. Pomyśleliśmy sobie „Wow, zróbmy to!”. Teraz widzimy, że to się dzieje.

Fabułę i wykonanie doceniła nawet sama Kasia Nosowska.

Tak, wiele znanych osób udostępniło ten teledysk. Rozszedł się, można rzec.

Niech zatem płyta i kolejne single też się rozejdą! Na koniec muszę zapytać o dalsze plany. Niedawno ogłosiłaś, że wybierasz się do Helsinek. Masz tam przygotować coś specjalnego, co dokładnie?

Nie mogę powiedzieć, ale zdradzę tylko, że ma to związek z teledyskiem.

Rozumiem, w takim razie nie mogę doczekać się efektów. Czego Ci życzyć?

Koncertów, koncertów i jeszcze raz koncertów! No i zdrowia!

Zatem tego Ci życzę. Dziękuję za rozmowę.

Dzięki śliczne.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here