Sześcioletnia przerwa między kolejnymi albumami to w dzisiejszych czasach przerwa niemalże zabójcza. Na przestrzeni 2012-2018 roku nastąpiły zmiany na rynku muzycznym na tyle duże, że pobudka w świecie, w którym rządzi streaming, a fizyczne krążki idą – niestety – do kosza, może być istnym koszmarem. Cóż, przebudzenie powracającej Christiny Aguilery, której szósty krążek właśnie trafił na półki sklepowe, z pewnością do najprzyjemniejszych należeć nie będzie. A wielka szkoda, bo „Liberation” to wydawnictwo, na które warto było trochę poczekać.


Nikt nie może mieć większych wątpliwości, co do tego, że głos Christiny Aguilery jest w stanie zdziałać naprawdę dużo. To jeden z tych wokali, który potrafi kompletnie zszargać Cię emocjonalnie tylko po to, by już za sekundę utulić do piersi niczym najukochańsza matula. O akrobatyce głosowej w wykonaniu 37-letniej artystki można pisać książki, o perypetiach związanych z premierą szóstego krążka można mówić równie dużo. Po dwóch kolejnych komercyjnych rozczarowaniach i średniej jakości materiale, jaki znalazł się na wydanym w 2012 roku albumie „Lotus” większość spisała Aguilerę na straty. Znikoma aktywność muzyczna w ciągu ostatnich sześciu lat spowodowała, że wśród miłośników streamingu katalog Xtiny został zepchnięty w szary kąt, zaś sama artystka zmuszona była rozpocząć na nowo poszukiwanie tego, co jest dla niej inspirujące. „Robię wielki krok od tego, co jest dla mnie strefą komfortu, ale czuję, że to wyzwalające. Nie jestem komentatorem. Jestem artystką. Kreatorką. Uwielbiam inspirować. I kiedy przestaję w coś wierzyć, muszę zastanowić się nad spójnością tego, co robię, poszukać swojej prawdy, źródeł i celu.” tak genezę swojego szóstego studyjnego albumu tłumaczyła w jednym z wywiadów. Misję poszukiwawczo-wydobywczą można okrzyknąć udaną, bo „Liberation” to kolejna fascynująca metamorfoza Aguilery.

Poprzednie przeobrażenie w oldschoolową divę przy wydanym w 2006 roku „Back to Basics” oraz podróż do elektro-popu na fali wypuszczonego 8 lat temu krążka „Bionic” udowodniły, że Christinie z radykalnymi zmianami jest do twarzy. Na „Liberation” Aguilera po raz kolejny nie gra bezpiecznie i sięga po karty sensualnego, leniwego r&b („Pipe”, „Like I Do”) przeplatanego co jakiś czas ujmującymi balladami (rozpoczynające się od wstawki acappela minimalistyczne „Twice” przy dźwiękach pianina, nowoczesna odsłona popowej pościelówy w wyprodukowanym przez MNEK’a „Deserve”). W pokrętnym na milion sposobów „Accelerate”, stworzonym przy pomocy Kanye Westa, po raz kolejny możemy z kolei usłyszeć dobrze znaną wersję „dirrty” Christiny, która nie wyznacza sobie żadnych granic zarówno dźwiękowo, jak i lirycznie („Pick up your speed / Stamina, fill me up / That’s what I need„). Wyzwolona Aguilera serwuje jeden wielki bałagan, którego pod żadnym pozorem nie należy się tykać, należy też porzucić wszelkie próby jego uporządkowania.

West w charakterze producenta pojawia się również w intrygującym „Maria”, poprzedzonym wstępem „Searching for Maria”, w którym wykorzystano elementy z pochodzącego z 1959 roku musicalu „The Sound of Music”. Użyty w drugiej części kompozycji sampel z twórczości Michaela Jacksona wraz z warstwą produkcyjną przypominającą poniekąd „Late Registration” Westa kieruje najnowszy wysiłek Aguilery na niecodzienną drogę. „Liberation” w swej muzycznej różnorodności jest nadzwyczaj spójne, o czym świadczy chociażby płynne przejście i wpasowanie się w całkowicie odmienny muzycznie klimat, jaki można odnaleźć w buntowniczym „Sick of Sittin'”. Tu 37-letnia gwiazda oddaje hołd dźwiękom niegdyś serwowanym przez Janis Joplin. W towarzystwie agresywnych rockowych gitar i słyszalnego w tle otaczającego ją tłumu Pani Aguilera dostarcza wymowny przekaz dosadnie dając do zrozumienia, że uległość to z pewnością nie jej drugie imię („I ain’t built for no fake shit / I can’t move with these chains on me / I had to get free / I’m sick of sittin’, been workin’ too hard to not be livin’„). Tempo całości zdają się niepotrzebnie przygaszać przerywniki, które – w dużej mierze – można byłoby pozostawić jako niewyodrębnione elementy następujących po nich kompozycji.

Szósty studyjny album Aguilery przynosi garść niespodziewanych kolaboracji. Na pokład „Liberation” wskoczyła m.in. Demi Lovato, która razem ze swoją idolką prowadzi wciągającą rozgrywkę o nazwie „docieranie do kolejnych dźwięków” w singlowym „Fall in Line”, utworze w sposób oczywisty nawiązującym do przekazu #METOO. Co zaskakujące, w przypadku tego krążka XTina brzmi zdecydowanie lepiej tam, gdzie odrobinę spuszcza z tonu i decyduje się pozostać na powierzchni ziemi razem ze swoim niebotycznym wokalem. Mowa oczywiście o flirtującym z dancehallem „Right Moves” (gościnnie Keida & Shenseea), a także o powoli wibrującym „Like I Do” nagranym z raperem o pseudonimie Goldlink i ponętnym „Pipe”. Perfekcyjnym zwieńczeniem „Liberation” jest ballada „Unless It’s With You”, której dostojne brzmienie otulone delikatnymi wokalami wywołuje ciarki. W utworze ambiwalentna Aguilera, wewnętrznie rozdarta między bajkami opartymi na sztucznym szczęściu a wiarą w happyend, składa wiele mówiącą deklarację o ślubnych przyrzeczeniach. To zresztą punkt centralny krążka, spokojnie i równomiernie bijące serce wśród zawirowań dostrzegalnych na „Liberation”, które swą prostą i surowością udowadnia, że tak niewiele potrzeba, aby wszystkie zmysły wytężone zostały w kierunku historii tkanej dźwiękami 37-letniej divy.

8.0/10

 

 

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here