They see pictures, they say goals / Bitch, I’m who they tryna be‚ rapuje prosto z samego szczytu Hot 100 26-letnia Cardi B. Nowojorska raperka, której historia określana jest mianem ‚kopciuszka z Bronxu’, właśnie wkroczyła na rynek muzyczny z krążkiem, którym zdaje się udowadniać, że doskonale wie, o co w tym biznesie tak naprawdę chodzi, a odważne słowa z ‚Bodak Yellow’ nie są rzucane na wiatr. 


W okrutnym świecie amerykańskiego hip-hopu, w którym od lat pierwiastek kobiecy stanowi jedynie niewielki i zmarginalizowany odsetek wśród topowych przedstawicieli gatunku, 26-letnia Cardi B odnajduje się doskonale. Ostatnich kilkanaście miesięcy to dla byłej striptizerki z Bronxu prawdziwy amerykański sen, w którym ona sama odgrywa główną rolę. Odkąd ‚Bodak Yellow’ wskoczyło na 1. miejsce najważniejszego muzycznego zestawienia w Stanach Zjednoczonych – Billboard Hot 100 – krytycy muzyczni i fani rapu z niecierpliwością czekali na pełnowymiarowy album spod szyldu dziewczyny, która swoich pierwszych fanów zdobyła dzięki filmikom udostępnianym na Instagramie oraz w Vine. I zdecydowanie było na co czekać. 

Albumowy otwieracz – ‚Get Up 10’ – nastraja w sposób zgoła odmienny od tego, co można było usłyszeć chociażby w pyskatym ‚Bodak Yellow’. Narracja prowadzona przez raperkę na tle odgłosów strzałów to poważne wyłożenie na stół kart towarzyszącej jej historii (‚Look, they gave a bitch two options: strippin’ or lose / Used to dance in a club right across from my school / I said „dance” not „fuck”, don’t get it confused’), początkowo dość spokojne, w dalszej części nabierające rozpędu dzięki wzmocnionemu beatowi. To właśnie wyrazisty i bujający na wszystkie możliwe sposoby beat połączony z dość odważnym, niekiedy wręcz agresywnym, stylem rapowania panny Bacardi stanowił klucz do sukcesu gigantycznego ‚Bodak Yellow’. Na pierwszy rzut oka podobną energię niesie ze sobą ‚Money Bag’, które z pewnością należy do grona kawałków najszybciej pozostających w pamięci. To prawdziwe uderzenie godne miana kolejnego singla. 

Niech Was nie zwiodą jednak pozory: poza pyskatą i pewną siebie Cardi, którą można odnaleźć chociażby w ‚Bodak Yellow’, ‚Money Bag’ i zaraźliwym ‚Bickenhead’, z łatwością przy tym udowadniającą, że zdolnych kobiet w amerykańskim świecie hip-hopu nie należy raczej lekceważyć, na ‚Invasion of Privacy’ raperka odsłania również bardziej intymną i wrażliwą warstwę samej siebie. W osadzonym w r&b z lat 90-tych ‚Be Careful’ bierze na celownik kochanka, któremu dość dosadnie wylicza dawkę miłości i energii, jaką mu poświęciła (‚The only man, baby, I adore / I gave you everything, what’s mine is yours / I want you to live your life of course‚), zaś w pościelowym ‚Thru Your Phone’ możemy zaobserwować emocjonalną huśtawkę, jaka raperce towarzyszy po dokonaniu pewnych odkryć w telefonie swojego partnera (‚Look, I just want to break up all your shit, call your mama phone / Let her know that she raised a bitch, then dial tone, click‚). To niemałe zaskoczenie, ale również w wolniejszych i tych poważniejszych lirycznie numerach Cardi nie traci ani swojego uroku, ani swojej charyzmy, która jest przecież dźwignią doskonałego ‚Bodak Yellow’ czy też ‚Bartier Cardi’, co więcej – zyskuje tylko na swojej wiarygodności i skutecznie umacnia wizerunek dziewczyny z Bronxu, która żyje tuż obok nas. 

Na ‚Invasion of Privacy’ roi się również od gościnnych kolaboracji z pierwszej półki najlepszego muzycznie sklepu. W wybranym na promo-single ‚Drip’ Cardi dostaje wsparcie od Migos, którzy – można rzec – przejmują stery nad kawałkiem nie przynosząc przy tym zbytniej straty samej raperce. Inny efekt ma współpraca z 22-letnią Kehlani w wolniejszym ‚Ring’. W tym przypadku smakowite wstawki wokalistki zdają się wysuwać na pierwszy plan kawałka spychając przy tym Cardi z piedestału.  Randomowa kolaboracja w ‚I Like It’, w którym pojawia się Bad Bunny i J Balvin oraz sampel Pete’a Rodrigueza z 1967 (salsowy szlagier ‚I Like It Like That’), to za to pokłon w kierunku latynoskich korzeni Cardi, której ojciec wszakże pochodzi z ognistej Dominikany. To też materiał na prawdziwy viralowy i streamingowy przebój tego roku – zaraźliwa melodia, dobrze komponujące się z nią rymy Cardi i sprawnie użyty sampel mogą sprawić, że jako singiel kawałek ten spotka sukces na miarę latynoamerykańskich hit z ostatnich kilku miesięcy. 

Debiut fonograficzny Cardi B to smakowity wypiek, przy którego produkcji użyto różnorodnych i wysokich jakościowo składników. Na dobrą sprawę brakuje tu nudnych zapychaczy, które mogłyby skutecznie uśpić czujność słuchacza, nie ma też numerów, które brzmiałyby jak narzucone raperce przez ludzi z wytwórni. Siłą ‚Invasion of Privacy’ jest to, że nie jest to kolejny książkowy przykład albumu, w którym łatwo zaobserwować zjawisko przerostu formy nad treścią – jest kolorowo i zabawnie, momentami nieprzesadnie poważnie, a w dalszym ciągu cholernie autentycznie (‚I started speaking my mind and tripled my views/Real bitch, only thing fake is the boobs.‚). 26-letni kopciuszek z Bronxu na ponad 48-minutowym longplayu wygrywa szczerością, różnorodnością udostępnionego materiału i smykałką do rymów wpadających w ucho z automatu. A to wszystko w otoczeniu podeszwy czerwonych Louboutinów odciśniętej na gardłach źle wróżących. Hejterzy, jeden zero dla Cardi. 

7/10