Trzeci studyjny krążek Bruno Marsa to nie lada wyzwanie: złoty ‚chłopiec’ amerykańskiego przemysłu muzycznego dotychczasową dyskografią niejednokrotnie udowodnił, że w walce na hity nie ma sobie równych. Kiedy do swojej długiej listy numerów-jeden wokalista dorzucił nagrane wspólnie z Markiem Ronsonem ‘Uptown Funk’ dość jasne stało się, że przy następnej erze Bruno jest w stanie przeprowadzić prawdziwą komercyjną jesień średniowiecza. Po upływie czterech kolejnych wiosen w funkowym retro-światku wokalisty pojawił się następca okrytego sławą ‘Unorthodox Jukebox’. Czy temperamentne  ‘24K Magic’ to faktycznie dźwięki warte kilku porządnych sztabek złota?


Premierowy krążek Marsa to kolorowa i gwarna wycieczka po przełomie muzycznych lat 80 i 90 ubiegłego wieku. Singlowe ‚24K Magic‚ – mimo że pod względem hitowego potencjału równać się nie może z ‚Uptown Funk‚ i  ‚Locked Out Of Heaven‚ – posiada swój niezaprzeczalny urok. Kompozycja dzięki swojemu funkowemu podłożu buja od pierwszej sekundy, a zawarty w niej tzw. ‚hook‚ to istny killer tego albumu. Kolejne kawałki utrzymane są w podobnej stylistyce: zainspirowane twórczością Prince’a ‚Chunky‚ i totalnie oldschoolowe ‚Perm‚ pod względem produkcyjnym z pewnością zasugują na spory ukłon. Drugi z nich to bezapelacyjnie jedna z najlepszych kompozycji, jakie znalazły się na ‚24K Magic‚: Bruno funkuje i podkręca atmosferę prawie tak dobrze jak niegdyś robił to James Brown. Na uznanie zasługuje także współczesna wersja ‚Sexual Healing‚ Marvina Gaye’a – zmysłowe ‚Versace On The Floor‚. Oddanie artysty dla kultowego domu mody w całkiem udany sposób wprowadza atmosferę wysoce pożądanej sensualności, której muzyczna konsumpcja z pewnością rozbudzi wyobraźnię niejednego słuchacza.

Pozostała część nowego wydawnictwa Bruno Marsa wypada niestety dość blado i momentami niesie ze sobą treści mało oryginalne. ‚That’s What I Like‚ pomimo swoich dobrych momentów (‚Julio, serve that scampi!‚) zdaje się zmierzać donikąd, a ulokowane w końcówce trwającego 33 minuty albumu ‚Finesse‚ brzmi jak gorsza i brzydsza siostra wspomnianych wcześniej ‚Perm‚ i ‚Chunky‚. Jako mało inspirujący numer jawi się również ‚Straight Up and Down’: kawałek niesie ze sobą dźwięki usłyszane na kilku poprzednich kompozycjach odgrzane w mało ciekawy sposób. Podobne wrażenia wywołuje zanikające wśród towarzyszy niedoli ‚Calling All My Lovelies‚, któremu dodatkowo powinno się oberwać za wmontowanie w jego trakcie automatycznej sekretarki Halle Berry. To, co jednak na ‚24K Magic‚ boli najbardziej to brak ballady, która mogłaby stanąć w jednym szeregu z ‚When I Was Your Man‚, ‚Grenade‚ i ‚It Will Rain‚. Bowiem kończące trzeci album studyjny Marsa ‚Too Good To Say Goodbye‚ to kawałek na trójkę z plusem: zarówno w warstwie tekstowej kompozycji, jak i w jej odsłonie produkcyjnej dało się wyrzeźbić znacznie więcej.

Swoim kolejnym albumem Bruno Mars nie przeskoczył wysokiej poprzeczki, którą sam sobie ustanowił za sprawą dotychczasowych wydawnictw. Prawdziwą bolączką ‚24K Magic‚ nie jest to, że zawarto na nim tylko dziewięć utworów – wszakże Bruno zdołał już przyzwyczaić swoich odbiorców do raczej krótkich i zwięzłych treści. Niewybaczalny jest natomiast fakt, że podczas tej jakże szybkiej wycieczki po funkowych latach 90-tych nie odpalona zostaje właściwie żadna petarda z prawdziwego zdarzenia. Fakt oddania produkcyjnej pałeczki w całości Shampoo Press & Curl zagrał w tym przypadku na niekorzyść wokalisty: po trzech kawałkach melodie zaczynają się okazywać szalenie oczywiste, co powoduje, że koncówka albumu jest najzwyczajniej w świecie nudna. Gdzieś po drodze zgubił się ten nienamacalny pierwiastek hitowości przy jednoczesnej oryginalności, który w swoim składzie zawierała większość dotychczasowych melodii serwowanych przez tego utalentowanego artystę.

4.9/10

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here