Przygotowanie kolejnego albumu po upływie niemalże osiemnastu lat od muzycznego debiutu może się wydawać stosunkowo prostym zadaniem. Britney jest już w końcu muzycznie prawie-pełnoletnia, a i bez wątpienia może pochwalić się solidnym gronem wiernych fanów. Bułka z masłem. Nic bardziej mylnego: dziewiąty album to prawdziwe wyzwanie dla piosenkarki. Po podwójnym pudle w postaci dość chłodnie przyjętego krążka ‘Britney Jean’ i spektakularnego falstartu ‘Pretty Girls’, wokalistka ma tym albumem dużo do udowodnienia. Ale czy w swoich dźwiękach nadal ma coś ciekawego do powiedzenia?


Zmysłowe wprowadzenie do ‘Glory’, jakim niewątpliwie jest rozpoczynające krążek ‘Invitation’, stosunkowo dobrze zdaje się spełniać swoją funkcję drzwi uchylających rąbek tajemnicy tegorocznego wydawnictwa Britney. Choć kompozycja ta do przełomowych z całą pewnością nie należy, to stanowi wystarczający wabik do zapoznania się z dalszą częścią albumu. Prawdziwe petardy, których odpalenie na domówce może poskutkować niejednym mandatem, pojawiają się wraz z tętniącym życiem ‘Clumsy’ i zabarwionym dużą dawką seksualności ‘Do You Wanna Come Over?’. W kompozycji przygotowanej przez W. Feldera z Pop&Oak Britney bawi się nieprzyzwoicie dobrze serwując w wyśmienity sposób obłędny beat i rozkoszne wersy (‘Call me a fool, call me insane, but don’t call it a day. OOPS!’), podczas gdy produkcja z fabryki Mattmana & Robin’a (‘Make Me Like You’ Gwen Stefani, ‘Close’ Nick Jonas, ‘Hands to Myself’ Selena Gomez) sprawia, że oddanie się urokom piątkowej nocy nigdy nie było prostsze. Kawałek ten to istna reminiscencja złotych czasów Britney, która ponownie w słodko-niegrzeczny sposób szepcze o sprawach wywołujących rumieńce na twarzy u niejednego młodzieńca.

Jednym z mocniejszych punktów albumu jest niewątpliwie wybrane na singiel wiodący ‘Make Me…’: wyprodukowana przez brytyjskiego DJ’a Burns kompozycja uwodzi w każdej swej sekundzie zarówno bujającym rytmem, jak i wyjątkowo pociągającym głosem wokalistki. Nie zawodzi też w sprytny sposób okraszone stylistyką reggae ‘Slumber Party’, a także utrzymane w pradawnym tonie muzyki kabaretowej ‘What You Need’. Pierwsza próba sowizdrzalskiej Britney w postaci zbioru wokalnych odprysków Cyndi Lauper sprzed lat –  ‘Private Show’ – jest za to równie nieudana i groteskowa, co dźwięki wydawane przez Sarsę. Mieszane uczucia wywołuje także ‘Man on The Moon’, w którym bezpardonowo przekroczone zostały wszelkie granice literackiego absurdu, muzycznej słodkości i wszędobylskiego auto-tune. Kolejny spalony placek nowego albumu Britney to przerobione uprzednio na milion różnych sposobów ‘Hard to Forget You’, a odruchy nerwowego poszukiwania końcówki trwającego utworu uruchamia bonusowy kawałek ‘If I’m Dancing’.

Gorący wypiek Cashmere Cat’a w postaci kompozycji ‘Just Luv Me’ to za to prawdziwa perełka dziewiątego albumu wokalistki. Pomimo dość banalnego tekstu utwór ten może być kolejną szansą Britney Spears na odnotowanie swojej obecności w czołówce najważniejszych list przebojów. Wcale nie gorzej poradziłoby sobie ultra-hitowe ‘Love Me Down’ stworzone m.in. przez złotą rękę E. Kidd Bogart’a, która niejednokrotnie wydała już na ten świat prawdziwe popowe majstersztyki (‘Halo’ Beyoncé, ‘Ghosttown’ Madonna). Zadowalającym elementem ‘Glory’ jest także nieco spokojniejsze ‘Just Like Me’ poruszające w akompaniamencie dźwięków gitary akustycznej prozaiczną tematykę zdrady.

Wielkim zaskoczeniem następcy ‘Britney Jean’ są za to kawałki z wersji deluxe nowego albumu Britney Spears. Ciężko znaleźć krążek, w którym takie smakołyki ostały się na sam koniec. W momencie, w którym wydaje Ci się, że impreza została przerwana frazą ‘That was fun!’, rzuconą przez wokalistkę w zakończeniu ‘What You Need’, na pokład wjeżdżają piekielnie dobre, klasyczne numery od Britney: zaśpiewane w całości po francusku ‘Coupure Électrique’ oraz pulsujące nieokrzesaną namiętnością ‘Change Your Mind’. Do zasługującego na poklask grona dołącza nieprawdopodobnie chwytliwe ‘Liar’ i wysoko-uzależniające ‘Better’. Kto układał tracklistę?!

Po kilku dość suchych muzycznie latach Britney zaserwowała nam coś więcej niż tylko przyzwoity album. Choć przesadą byłoby nazwanie ‘Glory’ jakimkolwiek muzycznym eksperymentem, to z całą odpowiedzialnością można głośno powiedzieć, że to przebudzenie księżniczki pop. W materiale tym bowiem po raz pierwszy od dawna słychać, że w wykonawczyni ‘Make Me…’ nadal siedzi długo-skrywana iskra walki o jej popowe być lub nie być. Ten krążek to duży uśmiech Britney skierowany w stronę wszystkich skłonnych do wydawania muzycznych werdyktów – oczekiwania po ostatnich latach dźwiękowych  poczynań Britney były bowiem raczej niskie, a tymczasem ‘Glory’ w stricte popowym świecie zawiesza poprzeczkę zaskakująco wysoko.

7.2/10

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here