Zeszły rok nie należał do najłatwiejszych dla 25-letniej Ariany Grande. Amerykance niespodziewanie przyszło zmierzyć się z piętnem zamachu terrorystycznego, jaki miał miejsce tuż po jednym z jej koncertów w ramach trasy „Dangerous Woman Tour”. Choć na czwartym longplay’u nawiązanie do tragicznych wydarzeń jest jedynie symboliczne, to nie sposób nie zauważyć, że artystycznie „Sweetener” to świadectwo dojrzałości, której ona sama nabiera z każdym swoim kolejnym krokiem.

Ariana niejednokrotnie udowodniła, że nie jest jej obce wypuszczanie kolejnych pop-bangerów. Już podczas kampanii promocyjnych swoich poprzednich krążków sztab 25-latki zdołał nas przyzwyczaić do tego, że każdy kolejny wydawany numer ma równie gigantyczny potencjał komercyjny, co poprzednicy. Jednocześnie Ci, którzy sięgnęli po wydawnictwa Grande w całości mogli przekonać się, że płyty Amerykanki nie są przypadkowym zlepkiem radiowych hitów, które świetnie odnalazłyby się w dyskografii pierwszej lepszej gwiazdy. Tym razem słodka odyseja rozpoczyna się wraz z nadejściem intra „raindrops (an angel cried)”, gdzie 25-letnia artystka iście seraficznym tonem głosu opowiada historię o płaczącym aniele. Ten krótki fragment wprowadzający zbudowano na bazie refrenu wydanej w latach 60. piosenki „An Angel Cried” z repertuaru The Four Seasons. Dalej jest już nieco bardziej współcześnie. Efekty współpracy Grande z Pharrellem Williamsem, które – stety lub niestety – rozciągają się właściwie przez całość wydawnictwa, można po raz pierwszy usłyszeć w funkowym „Blazed”. Z Williamsem jest trochę jak z samym cukrem: jedna łyżeczka Cię nie zabije, ale pół kilo już tak. Podobnie jak reszta gości przewijających się przez „Sweetener”, tak i w przypadku Williamsa można po części odnieść wrażenie, że featuringi na krążku nie spełniają nadziei pokładanych w zaproszonych przez Arianę gościach. Największe kontrowersje przy tym z pewnością wzbudzi właśnie Pharrell – jednych pochłonie repetytywna wariacja ukazana w „the light is coming” i „blazed”, inni podziękują po pierwszym razie.

Zdecydowanie lepiej na tym tle wypada współpraca Grande z ILYA oraz Maxem Martinem. Ariana nie boi się również szkicować budzących kontrowersje warstw lirycznych, czemu daje wyraz chociażby w „God is a woman” – to właśnie w tym momencie artystka odważnie kreuje postać boską jako kobietę… i robi to doskonale. Znakomicie wybrany singiel niesie ze sobą tradycyjny popowy rytm zamazany hip-hopowym wpływem, jednocześnie serwując pewien ujmujący monumentalizm dźwięków w refrenie. Nie inaczej jest w zwiastującym projekt „No Tears Left To Cry”, które już teraz można uznać za jeden z lepszych, o ile nie najlepszy, popowy numer tego roku. To kolejne światełko dla popu wypuszczone przez Grande, które zachwyca nieszablonową strukturą, imponującymi wokalami i wartościowym przekazem. W kolejce na podium najważniejszych list przebojów na świecie może również zacząć ustawiać się wpadające w ucho „Breathin”, które jest chyba jedynym oczywistym singlowym wyborem na „Sweetener”. To gigantyczny numer, w dodatku niezwykle sensualny, w którym Grande mierzy się ze swoimi lękami w rytmie pulsującego beatu. Chodzi o obawy, które w teorii mogłyby sprawić, że niebo się zapadnie, a cała energia ujdzie z ciała, finalnie jednak artystka znajduje wystarczająco motywacji, aby walkę kontynuować i dalej oddychać.

Na „Sweetener” łatwo odnaleźć liczne metafory dotyczące seksualności, zazwyczaj otoczone hip-hopowymi inspiracjami i soulowymi wariacjami dźwięków, potęgowane przez sensualnie pobudzający głos artystki (You know I be one of a kind, oh whoa / Once you tastin’ my ice cream, I bet you won’t ever leave / I know it’s hard to believe / Boy, you got me all on my knees”). Warstwa liryczna niejednokrotnie nawiązuje również do życia uczuciowego Grande. „Goodnight n go”, remake kompozycji o tym samym tytule z repertuaru Imogen Heap, oraz krótki przerywnik „Pete Davidson” (tak, tytuł tej piosenki to dane personalne narzeczonego Grande) to kompozycje stworzone dla i opowiadające o obecnym partnerze gwiazdy. Sporo tu zmysłowości i romantycznych uniesień, w przeciwieństwie do „Better Off” zaburzającego obraz perfekcyjnego związku – opisywana w utworze relacja swoją podstawę znajduje jedynie w sferze fizycznej seksualności, a nie ze względu pokłady uczuć. Jeśli ktoś starannie nie śledzi życiorysu Grande może nie domyślić się, że piosenka prawdopodobnie mówi o jej byłym partnerze. Obok tematyki związkowej 25-latka dotyka również ważkich zagadnień. W spokojnym „get well soon” chociażby pośrednio nawiązuje do sytuacji sprzed roku, jaka miała miejsce w Manchesterze – przeplata się tu żal i nadzieja, zaś pierwsze skrzypce gra podnosząca na duchu, motywująca do działania warstwa liryczna. Dodatkowe, zamykające „Sweetener” 40 sekund ciszy dla ofiar tragedii zatrzymuje podróż dokładnie na piątej minucie i dwudziestej drugiej sekundzie kompozycji, co ma symbolizować datę ataku (22.05).

„Sweetener” nie jest podróżą szablonową i zrodzoną na utartych schematach. Niekiedy jest marzycielsko, innym razem odrobinę prowokująco, całość zaś uwydatniają fascynujące wokale samej Grande. Obok wpadających w ucho singli („God is a Woman”, „No Tears Left To Cry”), Ariana ze znaną sobie lekkością eksploatuje tereny bliskie jej muzycznym inspiracjom („Goodnight n Go”, „Get Well Soon”, tytułowe „Sweetener”). Oczywiście, nie w każdym momencie eksperymentowanie z dźwiękami wychodzi 25-letniej piosenkarce na dobre (największe zastrzeżenia budzą – niestety – przegadane i mało odkrywcze produkcje Williamsa), ale w dalszym ciągu diva młodego pokolenia całościowo wychodzi z tej podróży obronną ręką malując swym głosem pop w nienagannym wydaniu.

7.5/10

 

 


Rozwiązanie konkursu z dn. 22 sierpnia 2018 roku

Płyta Ariany Grande – „Sweetener” – trafia do Rafała Wiśniewskiego. Prosimy o kontakt e-mail (kontakt@luvpop.pl) wraz z danymi do wysyłki. Gratulujemy!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here